Dorota Gawryluk z Polsatu powiedziała ostatnio rzecz, która mocno wybrzmiała w debacie publicznej: każda władza próbująca uderzać w niewygodne media i dziennikarzy prędzej czy później zapłaci za to wysoką cenę. To ważne słowa, bo nie padły z ust polityka opozycji, lecz osoby od lat funkcjonującej w głównym nurcie mediów. I właśnie dlatego trudno je zbyć wzruszeniem ramion.
Coraz więcej ludzi ma dziś bowiem poczucie, że atmosfera wokół konserwatywnych redakcji i dziennikarzy, jak chociażby ostatnie ataki na Republikę, staje się coraz bardziej niepokojąca. Próby marginalizowania niewygodnych środowisk, polityczne napięcie, medialne nagonki i coraz ostrzejszy język wobec ludzi myślących inaczej nie biorą się znikąd. Tym bardziej że ta sama ekipa już podczas swoich wcześniejszych rządów pokazała, jak postrzega media, które nie chcą podporządkować się dominującej narracji. Pamiętamy ,,wjazd służb” do redakcji Wprost.Wielu Polakom tamte działania bardziej kojarzyły się z mentalnością polityków ze Wschodu niż z zasadami dojrzałej demokracji.
Każda władza mająca pokusę podporządkowania sobie przekazu medialnego zaczyna mówić dokładnie tym samym językiem. Zawsze pojawiają się hasła o „obronie demokracji”, „walce z dezinformacją” i „porządkowaniu chaosu”. Dzisiaj też słyszymy ten bełkot. Demokracja nie umiera nagle. Najpierw pojawia się pogarda wobec części społeczeństwa, później próby uciszania krytyki, a na końcu przekonanie, że tylko jedna strona ma prawo definiować prawdę. To taka mentalność bolszewicka tej całej żałosnej zbieraniny w rządzie Tuska.
Dziś zamiast poważnej rozmowy o bezpieczeństwie państwa, kosztach życia, kryzysie demograficznym czy sytuacji gospodarczej coraz częściej oglądamy brutalną walkę o dominację medialną i polityczne polowanie na przeciwników. Krytyczne redakcje przedstawia się jako zagrożenie, niewygodnych dziennikarzy próbuje się wypychać z debaty publicznej, a ludzi o konserwatywnych poglądach coraz częściej traktuje jak problem, który należy uciszyć albo ośmieszyć, żeby ukryć swoją nieudolność, pedofilskie i zoofilskie afery i złodziejstwo publicznych pieniedzy.Władza, która nie potrafi wygrywać argumentami, bardzo szybko zaczyna sięgać po nacisk, propagandę i siłę instytucji.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że część elit politycznych zaczyna sprawiać wrażenie ludzi przekonanych o własnej moralnej nieomylności. A to zawsze był groźny moment w historii każdego państwa. Bo wolność słowa nie istnieje po to, by chronić głosy wygodne dla rządzących. Jej sens polega właśnie na ochronie opinii ostrych, krytycznych i niewygodnych dla władzy.
Im bardziej obecna ekipa dzieli media na „dobre” i „złe”, tym mocniej przypomina mentalność znaną z najgorszych czasów PRL-u. Autorytaryzm nie zaczyna się przecież od czołgów na ulicach. Zaczyna się od pogardy wobec ludzi myślących inaczej, od prób zastraszania krytyków i od przekonania, że społeczeństwo należy wychowywać przy pomocy propagandy, manipulacji i politycznej presji. To nie są standardy nowoczesnej demokracji. To są odruchy politycznej satrapii i mentalność, która razem z komunizmem powinna już dawno odejść do historii i na polityczny śmietnik.
Zostaw komentarz