Przeglądając swoje szpargały, natknąłem się na ulotkę z wyborów sprzed 30 lat. Jest to bardzo przaśny wyrób, złożony na elektronicznej maszynie do pisania, która w tamtym czasie wydawała się nam być cudem techniki. Do tej makiety wkleiłem zdjęcie i w punkcie kserograficznym obstalowałem 400 egzemplarzy po 70 gr sztuka. Do kosztów kampanii, które pokrywałem w całości ze swojej kieszeni, należy dodać paliwo do Volkswagena Golfa 2 i zmarnowane przez polityczne ambicje godziny, które przecież mogłem wykorzystać w robieniu ceramiki. Ten trud zaowocował prawie 1,5 tys. głosów, co było zupełnie niezłym w moim okręgu wyborczym wynikiem, bo pozostali z listy kandydaci też coś zarobili. Niestety partia, która założyła komitet wyborczy, nie przekroczyła magicznej bariery 5%. A było to ugrupowanie, które liczyło przed tymi wyborami prawie 40 posłów i senatorów. Dlaczego rozwodzę się nad tym artefaktem dzisiaj? Ano dlatego, żeby przestrzec, iż według trzydziestoletniego doświadczenia, może się tak zdarzyć, że głosując na partię, zwłaszcza na  koalicję, która się Tobie podoba, w efekcie głosujesz na tych, których, serdecznie nienawidzisz i zwalczasz ze wszystkich swoich sił.