Kilka dni temu wróciłem z wycieczki na Zakarpacie. Aczkolwiek określenie „wycieczka” jest tutaj mocno na wyrost. To było coś między włóczęgą a zorganizowaną wycieczką. Im bliżej było do końca tej eskapady, z której ledwo powróciłem, bliżej było nie tyle włóczędze co jakiejś bliżej nieokreślonej malignie, po której o 4 nad ranem dotarłem do domu po 76 godzinach od wyjścia z niego. I przez ponad 24 godziny nie byłem w stanie dojść do siebie.
Plan był z pozoru prosty: objechać trójstyk słowacko-węgiersko-ukraiński. Koniecznie koleją, nawet jakby trzeba było pół dnia na pociąg czekać a obok stał autobus szybszy i tańszy. Bo autobusy i taksówki są dla słabych. A my chcieliśmy być mocni, choć mieliśmy mało siły. Już na początku podróży cieszyłem się na myśl korumpowania kolejarzy transgranicznych, bo kupowanie biletów na 10 km za 5 euro jest nieprzyzwoite. Miałem w tym wieloletnie doświadczenie zdobyte już to na przejściach polsko-czechosłowackich, już to na Bałkanach. Absolutnie nie ma takiej sytuacji, że z kanarem nie da się dogadać. To on jest panem pociągu, nikt go nie kontroluje, bo kto chciałby kontrolować pociąg, który jedzie 10 km i to przez granicę, więc ewentualna kontrola musiałaby się zmyć po 5 minutach, bo za granicą nie może wykonywać czynności. Ewentualnie zatrzymać pociąg w szczerym polu. A pociąg z reguły zawsze jest spóźniony, a to – jak mawia mój kolega – nie zbudowałoby autorytetu kontrolerom kontrolujących kontrolerów.
Z Koszyc dojechaliśmy porannym pociągiem do Słowackiego Nowego Miasta, a potem z buta na dworzec w Sátoraljaújhely. Dworzec kolejowy po słowackiej stronie wygląda jak uschła śliwa, po stronie węgierskiej jak rozłożysty dąb. Wielkowęgierski oczywiście. Po drodze pomnik Trianon, żeby pokazać, że granica w tym miejscu jest zroszona morzem wylanych po 1920 roku łez i gniewu. Potem piekarnia, w której zjadłem coś za 500 forintów i nawet nie wiedziałem co to jest, ale wziąłem, bo lokalni ludzie brali. Prawdopodobnie coś w rodzaju niedojrzałego burka. Smakowało to dość dziwnie, ale okazało się pożywne. Na dworcu w Sátoraljaújhely ponad godzinne czekanie na pociąg do Szerencs, w którym jak się później okazało, jechały prawie same emerytki trajkotające w tym ich niezrozumiałym przez żadnych białych ludzi języku i jeden koleś w wieku ok. 80 lat, który o 8 nad ranem pociągał palinkę z termosu jakby spożywał poranną herbatę. Czuć ją było na całym wagonie. Wsłuchiwałem się w to emerycko-węgierskie trajkotanie i po jakimś czasie wydawało mi się, że ja to wszystko rozumiem. Potem okazało się, że to zasługa podłej jakości palinki 200 ml, którą kupiłem w przydworcowym sklepiku. Obrzydliwej w smaku. Takiej chemicznej jakby, co koło śliwki nawet nie leżała. Chyba jej nawet nie dokończyłem.
W Szerencs mieliśmy przesiadkę w drodze do Záhony. I tam również był sklepik dworcowy. A w nim kanapka niewiadomej jakości, wyglądająca na wczorajszą za 500 forintów i w tej samie czerwone wino. Jak kanapka byłaby nieświeża – pomyśleliśmy – to byśmy się posrali jeszcze przed granicą z Ukrainą. Wybraliśmy zatem po butelce wina. I tak około południa minął prawie kolejny dzień, choć to był cały czas piątek.
Po południu byliśmy już w Záhony. Na końcu małowęgierskiego świata, za którym rozpościera się świat wielkowęgierski, tylko, że już w innych państwach – na Ukrainie i na Słowacji. Wokół dworca atmosfera na poły meliniarska, sporo ludzi z wielkimi podróżnymi torbami, dużo mężczyzn w kapeluszach z wąsami palącymi tanie papierosy. Oraz facetów w czarnych skórzanych kurtkach z rękoma po łokcie w kieszeniach. Widać wyraźnie, że to miasteczko nolens volens stylizowane było od kilkudziesięciu lat na koniec (normalnego) świata. Tam kupiliśmy sobie w markecie trzy rodzaje salami i pomieszawszy je ze sobą, zrobiliśmy z nich coś w rodzaju zimnej pizzy. To salami smakowało spoconym koniem, ten zapach wciąż mi towarzyszy. Wciąż mam wrażenie, że mam końską sierść między zębami i nie potrafię jej stamtąd bez pomocy dentystycznej usunąć. W Záhony ukazał mi się świat kolejowej mieszaniny dekadencji, frustracji, roszczeń i pretensji. Węgierscy kolejarze powoli wykonywali swoje obowiązki, jakby mając nadzieję na nieodprawienie żadnego pociągu.
Wieczorem pojawił się spóźniony o dwie godziny pociąg na Ukrainę, do Czopu. Na moje wyraźne życzenie skierowane do kolegi, nie kupiliśmy biletu, bo jak zobaczyłem te hordę ludzi nacierających na pociąg, który jechał max. 15 minut byłem niemalże pewien, że sprawdzenie biletów jest w praktyce niemożliwe. I miałem rację. Przejechaliśmy na Ukrainę na tzw. krzywy ryj. Przejeżdżając przez most na Cisie.
I potem już z górki. Sklep nocny w celu zakupienia. Hotel za niecałe 90 złotych od dwóch osób z pościelą zmienianą raz na 2-3 miesiące. Ale jeszcze w miarę czystą. Z ciepłą wodą pod prysznicem. I panią, która o 11:00 głośnym stukaniem w drzwi dopytywała kiedy się w końcu wyniesiemy. To było naprawdę urocze. Dworzec kolejowy w Czopie jest prawdziwie majestatyczny. W miasteczku kilkutysięcznym (niecałe 9 tys.) jest dworzec kolejowy większy od tych z miast ponad 200-tysięcznych. Bo kto biednemu zabroni zaszpanować przed światem bezsensowną konstrukcją kolejową, która tak naprawdę do końca I wojny światowej była prowincją z niewielką stacją kolejową. Po podziale granic nagle ta pipidówa urosła do rangi potężnego dworca kolejowego. Wybudowano większy dworzec, bo w ZSRR wszystko miało być największe i najszybsze (łącznie z zegarkami).
Po spożyciu śniadania w miejscowym barze pojechaliśmy do Mukaczewa, w którym europejski tor kończy się jakiś kilometr przed stacją kolejową, i dalej trzeba iść z buta. Z Mukaczewa nic a nic nie pamiętam, jakby mi pamięć wyzerowało. Tak jakby komuś zależało na tym, bym z tego miejsca niczego nie zapamiętał. Ostatecznie dotarliśmy do Użgorodu. Tam w przydworcowym barze zamówiłem sobie zestaw, którego nigdy nie jadłem, nawet nie wiedziałem, że można go tak skomponować. Była to grillowana ryba z pyszczkiem w kształcie Wielkich Węgier oraz placki ziemniaczane z dużą ilością śmietany. Do tego na początek, w środku konsumpcji oraz na koniec pani proponowała po pięćdziesiątce pożywnej ukraińskiej wódki. Gdy już trzeciej nie chcieliśmy stwierdziła, że to nie wypada, a wtedy wyrzekłem może nieco obrazoburcze słowa: Boh troicu ljubit i kobieta wyraźnie rozweselała się. Nocowaliśmy na dworcu, to jest w hotelu umieszczonym w budynku dworcowym. Znów za jakieś śmieszne pieniądze. Z balkonu rozpościerał się widok na cały przydworcowy plac. To był mój trzeci hotel dworcowy po Sofii i Kiszyniowie. W Kiszyniowie hotelem rządziła terrorystka. Przed wejściem do hotelu trzeba było zdjąć buty bo dywan był podobno świeżo wyprany. Łazienka była wspólna, i za każdym razem gdy szło się do kibla ta wariatka wyskakiwał znienacka i pytała o cel wyjścia z pokoju.
Z Użgorodu marszrutką dojechaliśmy do przejścia granicznego w Małych Slemeńcach. Tam w przygranicznym sklepiku nakupiliśmy wódki „pod korek” to jest pod dozwolone w UE normy. Przez przejście, które stanowiło połączenie kilku kontenerów z pomnikiem w postaci dwóch części przeciętej bramy szeklerskiej (jedna po jednej, druga po drugiej stronie granicy) upamiętniającej upadek Wielkich Węgier. Epicentrum tego geopolitycznego trzęsienia ziemi znajduje się w tej jednej niepozornej małej wiosce. W Slemencach. Po węgiersku Szelmenc, po ukraińsku Селменці. Odkąd ta miejscowość została rozpruta na dwie części w sposób najbardziej barbarzyński jaki można sobie wyobrazić między Czechosłowację a ZSRR, administracyjnie dzieli się na Małe Slemeńce (po stronie ukraińskiej) i Wielkie Slemeńce (po stronie słowackiej). W tych wielkich mieszka niecałe 600 osób, w tych mniejszych około 200. Po jednej i drugiej stronie większość stanowią Węgrzy. Generalnie problem Węgrów polega na tym, że na obszarze odpowiadającym województwu opolskiemu żyją oni w… czterech państwach (Węgry. Słowacja, Ukraina, Rumunia).
Tę wsiową granicę przekroczyliśmy i znaleźliśmy się w Unii Europejskiej. Celnicy byli niezwykle życzliwi i cudem nie zauważyli czegoś, czego nie wolno było nam raczej prze granice przewozić. Ale to już nasza słodka tajemnica. Zazwyczaj rozmowa z celnikami odwraca uwagę i kieruje ich nudne kontrolerskie życie na poetyckie tory. Po drugiej stronie próbowaliśmy się dostać do Ciernej nad Tisou. Ale nie było żadnego autobusu. Pojawił się za to spocono ok. 60 letni mężczyzna na rowerze proponujący podwózkę do Trebiszowa za 50 euro. Ta zbójecka cena od razu nastawiła mnie do niego negatywnie. Potem idąc w stronę Ciernej, po kilku kilometrach marszu w pełnym słońcu, dostaliśmy się do miejscowości Ptrukša, w której odbywał się jakiś festyn. Po drodze próbowaliśmy łapać stopa, ale tylko policja zatrzymała się informując nas, że nie może nas z przyczyn urzędowych podrzucić te kilka kilometrów. Na horyzoncie pojawił się wówczas Cygan, który też chciał 50 euro za podwózkę do dworca kolejowego w Ciernej. W Ptrukšy miejscowy Węgier poinformowal nas, że droga jest częściowo zamknięta bo właśnie trwają obchody Święta Gminy. Na festynie było kilka bud, z których tradycyjnie sprzedawano: kiełbasę z grilla, gumożujki dla dzieci, tandetne zabawki z Chin, miejscowe rękodzielnictwo. Marcin skusił się na węgierską kiełbę z grilla za 5 euro, ja postanowiłem pozostać na głodzie obserwując otoczenie, w którym na festynie było więcej ochroniarzy niż miejscowych i turystów. Jak dobrze policzyłem, to z naszym nadejściem i krótką zaledwie półgodzinną wizytą, frekwencja wzrosła o 30%. Podróżując po tym dziwnym trójstyku ma się dziwne uczucie bycia wciąż na Węgrzech, ale w trzech różnych państwach.
Potem był wyśniony autobus do Ciernej nad Tisou za niecałe 4 euro od łebka. Taki z firankami i otwieranymi oknami. Ale i tak było gorąco. Wszystko to udawało normalność, ale normalne nie było. Ludzie w Wielkich Slemencach byli obywatelami UE, ale nic a nic nie odróżniało ich od tych z Małych Slemenców. Granice zatem w tej części Europy nie mają sensu. Między Rosją a Niemcami powinna powstać strefa bez granic, albo z takimi symbolicznymi, w których zbierałoby się punkty za ich przekroczenie. Jak w Biedronce.
Europa Środkowa zasługuje na bezgraniczność.















Zostaw komentarz