Pierwszy tydzień ferii spędziłem na łonie natury, ale w drugim Cesia zagoniła mnie do kultury. – Podnieś tyłek z fotela i ruszaj do Muzeum Narodowego – rozkazała żona.
Wszyscy krewni i znajomi królika widzieli już tę wystawę! W Wysokich Obcasach czytałam o niej entuzjastyczne recenzje, tylko my siedzimy w domu ciemni, jak tabaki w rogu. Więc, żeby nas oświecić, zaprosiłem Cesię do auta i ruszyłem w Aleje.
Wystawa pt; „Przesilenie – Malarstwo Północy 1880-1910” jest prezentowana w salach Warszawskiego Muzeum Narodowego od listopada i cieszy się wielkim wzięciem u widzów. Dla mnie to prawdziwy fenomen. Obrazy nieznanych polskiej publiczności skandynawskich malarzy wzbudzają zainteresowanie nie mniejsze, niż prezentacja złotych skarbów z grobowca Tutanchamona.
Na wystawie „Malarstwa Północy” pokazano wybór prac artystów nordyckich, prezentujących główne tendencje w sztuce z końca i przełomu XIX i XX wieku. Dzieła Skandynawów przeplatano obrazami malarzy polskich o podobnych inspiracjach i ambicjach”. Tak więc, obok obrazów pędzla: Kitty Kelland, Nilsa Kreugera, i innych, powieszono dzieła Boznańskiej, Bilińskiej, Podkowińskiego, a gwasz Muncha pt; ”Depresja” skonfrontowano z olejem Wojciecha Weissa „Melancholik”.
Skandynawskie malowidła reprezentują wysoki poziom artystyczny i solidne rzemiosło. Wszystkie prace namalowane są w konwencji realistycznej, również te wykonane przy pomocy technik impresjonistycznych. Dzieła północnych mistrzów celowały w portfele zamożnego mieszczaństwa i reprezentowały typową dla gustów tamtej klasy i epoki tematykę. Były to sceny rodzajowe z życia ludu, idylliczne scenki rodzinne, portrety, pejzaże.
Przeciskając się przez tłum miłośników północnego malarstwa, zastanawiałem się, co skłoniło tak licznych widzów do uczestnictwa w wystawie? Przypuszczam, że głównie były to tęsknota i zmęczenie. Tęsknota za sztuką w starym dobrym stylu oraz pragnienie obcowania z obiektami artystycznymi, których zrozumienie nie wymaga od widza znajomości całej nowoczesnej historii sztuki i intelektualnego wysiłku na miarę szachowego arcymistrza. Dzisiejszy konsument kultury jest zmęczony sztuką abstrakcyjną i konceptualną. Zmęczony kompozycjami malowanymi w paćki-ciapki. Znudzony kolorowymi geometrycznymi łamigłówkami i zniesmaczony instalacjami, w których koncept jest najważniejszy, a badziewne tworzywo kształtuje się przy pomocy młotka, wiertarki i puszki sprayu.
Z tych niewesołych rozmyślań wytrącił mnie obraz zatytułowany – ”Sala wykładowa szkoły ludowej w Soro”. Na obrazie Nielsa Bjerrego pokazane były młode kobiety słuchające wykładu profesora Uniwersytetu Ludowego, gdzieś na duńskiej wsi. Uniwersytety Ludowe były i są w Danii popularną formą organizowania pozaszkolnej edukacji młodzieży i dorosłych. Pierwsze Uczelnie Ludowe powstały w połowie XIX wieku i rosły jak grzyby po deszczu na terenach wiejskich i prowincjonalnych. Oprócz szerzenia wiedzy rolniczej, Uniwersytety zajmowały się wychowaniem obywatelskim, propagowaniem patriotyzmu i krajoznawstwa oraz przeciwdziałały marginalizacji i wykluczeniu biedniejszych klas społecznych. A co najważniejsze Uniwersytety promowały i wprowadzały kulturę ludową do narodowej, dzięki czemu duńska kultura ludowa stała się równorzędną kulturze elit. Zapoczątkowało to proces powstawania w Danii nowoczesnej demokracji.
– Ech, gdyby to przydarzyło się Polsce – zamarzyłem. Może nie bylibyśmy dzisiaj tak skłóceni i podzieleni na dwa obce sobie narody – chamów i Kordianów. Plebejuszy i patrycjuszy – pomyślałem.
I taki zadumany, smutny, acz oświecony zakończyłem zwiedzanie wystawy Malarzy Północy.
Tak dumając, skończyłem zwiedzanie i smutniejszy, acz oświecony, zaprosiłem żonę do powrotu.
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz