Całą drogę powrotną z Katynia do Smoleńska, chociaż nie trwała ona długo przebyliśmy w zadumie, będąc pod wrażeniem tego, co zobaczyliśmy i przeżyliśmy. Myślę, że zostanie to na zawsze nie tylko w mojej pamięci.

Mieliśmy całe popołudnie na zwiedzanie miasta, które przywitało nas słońcem. Towarzyszyła nam miejscowa przewodniczka Anna Wiktorowna, będącą również dziennikarką, tłumaczem z języka polskiego i wykładowcą języka polskiego na wyższej uczelni.

Smoleńsk ma bardzo ciekawą historię i nie sposób o tym wszystkim napisać. Miasto położone nad Dnieprem powstało w IX wieku. Rynek pamięta czasy Zygmunta III Wazy. Mieszkał tu kilka lat Kazimierz Jagiellończyk.

Do końca XVI wieku posiadał wały drewniano-ziemne. Z końcem XVI wieku car Fiodor postanowił unowocześnić fortyfikacje. Prace trwały 4 lata, w ciągu, których powstał bastion w kształcie gwiazdy pięcioramiennej. Jednak nie zdołały obronić się przed wojskiem Rzeczypospolitej, które zdobyły go w 1611 roku w czasie wojny polsko-rosyjskiej 1609 -1618.

Na przestrzeni wieków odwiedzali go królowie polscy, przyczyniając się do jego rozwoju. Zwłaszcza Kazimierz Jagiellończyk miał w tym duży wkład. Często bywała w nim Katarzyna II ze swym faworytem Potiomkinem.

Obecnie liczy ponad 300 tys. mieszkańców. Leży na szlaku kolejowym z Warszawy do Moskwy, przez co jest ważnym węzłem kolejowym i drogowym. Ze smoleńszczyzny pochodził pierwszy w historii świata kosmonauta Jurij Gagarin.

Smoleńsk na stałe zapisał się w polskiej historii 10 kwietnia 2010 gdy podczas lądowania na lotnisku wojskowym Smoleńsk-Siewiernyj, doszło do katastrofy polskiego samolotu Tu-154, w której śmierć poniósł prezydent Lech Kaczyński oraz 95 pasażerów i członków załogi.

Jadąc jego ulicami i podziwiając pięknie kamienice trudno nam było uwierzyć, że był on w 93% zburzony w czasie II wojny światowej, a to, co oglądamy to miasto powstałe na tych gruzach. Budynki, podobnie jak zabytkowe mury warowne zostały odtworzone od podstaw dzięki zachowanym fotografiom i planom. Wyglądają na stare, ale są to doskonałe rekonstrukcje.

W mieście jest kilka wyższych uczelni m.in. Uniwersytet, Akademia Medyczna, AWF, Akademia Rolnicza, jest zakład diamentów i działa Smoleńska Fabryka Samolotów. Kiedyś kwitł tu przemysł lniarski, ale tak jak inne zakłady produkcyjne został wykupiony przez oligarchów moskiewskich i nie wytrzymał konkurencji z Chin i Dalekiego Wschodu.

Ludziom niezbyt się powodzi, średnia emerytura to 12-15 tys. rubli, dobra to 20 tys. Młodzież (głównie lekarze) wyjeżdża do Moskwy, z powodu lepszych warunków pracy i wyższych zarobków. Pani Anna mówiła, że ludzie niby nie są bogaci, ale często w rodzinie mają po dwa samochody.

Zwiedzając ciekawą starówkę nie wiadomo, kiedy nadszedł czas obiadowy. Pani Anna zarządziła godzinną przerwę na posiłek, proponując kilka miejsc, które mogliśmy sobie wybrać. Ja z mężem, jako jedyni wybraliśmy zaciszną mieszczącą się w bocznej ulicy, bardzo ciekawą i popularną wśród miejscowej bohemy kawiarnię „Czekolada”.

Gdy weszliśmy do środka to okazało się, że jest urządzona w stylu retro, bardzo podobna do naszej malborskiej „Retro”, tylko dużo większa. Można w niej zjeść pyszne dania w ciszy i spokoju. Po obiedzie zamówiliśmy aromatyczną herbatę z marakui.

Po wyjściu z kawiarni przeszliśmy przez piękny park, na którego drzewach jeszcze nie było liści, minęliśmy pomnik kompozytora Michaiła Glinki uważanego za twórcę narodowej opery rosyjskiej i wyszliśmy na rozległy plac. Zaskoczył nas stojący w jego centrum monumentalny granitowy pomnik Lenina. Muszę przyznać, iż dobrze wykonany. Przyległe ulice noszą nazwy Lenina, Kirowa, Dzierżyńskiego.

Najciekawszym miejscem, jaki zwiedzaliśmy była katedra – Sobór Zaśnięcia Matki Bożej w Smoleńsku. Pierwszy został wzniesiony przez Włodzimierza Monomacha w 1101 roku. Przetrwał on do oblężenia Smoleńska w latach 1609-11 które zakończyło się dla niego tragicznie, bowiem grupa ostatnich obrońców zamknęła się w świątyni i wysadziła ją w powietrze, nie chcąc poddać się wojskom polsko-litewskim.

To właśnie do niej mój mąż z kilkoma osobami wybrał się wieczorem, poprzedniego dnia, by zobaczyć z bliska jak wygląda oświetlona w nocy zewnątrz i jak przedstawia się jej wnętrze w blasku świec. Ponieważ znajdowała się niedaleko wydawało się, że dojście do niej nie będzie trudne. Jak się okazało nie było to takie proste.

Po skręceniu w ulicę, która wydawała się do niej prowadzić, po przejściu kilkuset metrów okazało się, że dalej przejść nie można, bo ulica się skończyła. Po wyjściu z niej i przejściu następnych metrów kolejna była zagrodzona barierą ze względu na roboty drogowe. Mąż, który dobrze zna język rosyjski pytał kilka osób jak do świątyni dojść i czy o tej porze odbywają się jeszcze nabożeństwa. Wyglądający na około 20-latka młodzieniec powiedział, że, mimo iż tu mieszka nigdy w niej nie był.

Z kolei panienka również w jego wieku stwierdziła, iż nie chodzi do cerkwi, a para, którą o to zapytał oznajmiła, że nie interesuje się religią i nie zna drogi. Posługując się własnym azymutem, z pewnymi problemami do niej dotarli. Jednak okazało się, że jest zamknięta. Mimo to jak mówił warto było zobaczyć ją oświetloną z bliska, bowiem prezentowała się przepięknie, co uwiecznił na fotkach.

Jak wcześniej pisałam góruje ona nad miastem. Już z daleka widać jej przepiękną turkusowo-białą barokową sylwetkę. Zbudowana jest na planie prostokąta zbliżonego do kwadratu. Jej wysokie mury ozdobione białymi pilastrami i okrągłymi oknami przykrywa niewysoki dach, na którym znajduje się pięć okrągłych wieżyczek zakończonych złotymi delikatnymi prawosławnymi krzyżami. Kilkadziesiąt metrów od wejścia stoi jego okazała dzwonnica, znacznie niższa od samej świątyni.

Widziałam wiele pięknych cerkwi na świecie, ale ta przewyższała wszystkie swoim wyglądem zewnętrznym jak i przepychem wnętrza. Mimo, iż przeżyła czas rewolucji, a następnie przez dziesiątki lat podlegała władzy radzieckiej, to jakimś cudem nie tylko, że nie została zdewastowana, ale jej wyposażenie zachowało się w całości.

Gdy przekroczyłam próg Soboru i weszłam do środka to zastałam oszołomiona jego wnętrzem. Od ikonostasu po wiszące na kolumnach wielkie ikony, rzeźby, kolumny i poręcze wszystko kipi od złota. Biblijne postacie i święci zaskakują nie tylko młodością, ale i starannością wykonania. Im dłużej się przyglądałam, tym bardziej byłam pod wrażeniem pracy i serca, jakie artyści włożyli aby zachwycały wiernych.

Zachwyt budzi pochodzący z XIX wieku wysoki na szesnaście metrów ikonostas. Nigdy i nigdzie nie widziałam równie pięknego i starannie wykonanego.

Moją uwagę przykuła piękna ikona Matki Bożej, która jak mówi tradycja, została napisana przez ewangelistę Łukasza jeszcze za ziemskiego życia Matki Bożej. Przez długi okres czasu znajdowała się w cerkwi Blachereńskiej w Konstantynopolu. Syn księcia Wsiewołoda Włodzimierz Monomach przeniósł ją do Smoleńska i umieścił w cerkwi Zaśnięcia Matki Bożej. Od tej pory zaczęto nazywać ją Smoleńską.

Dłużej zatrzymałam się przy 500-letnim całunie mający haftowany srebrnymi i złotymi nićmi wizerunek charyzmatycznego wizjonera świętego Merkurego.

Znajomi którzy tu byli zachęcali, by przed opuszczeniem wzgórza świątynnego przejść na tył Soboru bowiem roztacza się z niego przepiękna panorama na miasto. Rzeczywiście widok był imponujący. Po zejściu do jej podnóża chciałam obejść ją dookoła by spojrzeć na nią ze wszystkich stron. Po przejściu kilkunastu metrów okazało się, iż jej zbocze zadbane jest tylko z przodu, natomiast im dalej szłam tym bardziej zaskoczyło mnie to, iż ono się po prostu sypie. Zastanawiam się do dziś czy jest to skutek braku funduszy czy pozostałość po mentalności komunistycznej wg, której najważniejsze jest fasada, a dalej to nie ma znaczenia.

Jadąc do hotelu Pani Anna zatrzymała się przy ruinach budynku tzw. komunałce. Przetrwała tylko dlatego, iż znajduje się na liście zabytków i nie można jej rozebrać. Uważam, że dobrze się stało bowiem jest to namacalny dowód jaką ofertę mieszkania dla ludzi miał socjalizm za czasów sowieckich.

Mieszkanie komunalne było dzielone płytami wiórowymi na wiele rodzin. W jednym mieszkaniu mogło mieszkać ich 10-15. Powierzchnia mieszkalna dla całej rodziny wynosiła 9-10 m2. Często bywało tak, iż na 5m2 przypadało ok. 5 osób. Wszyscy lokatorzy w budynku musieli korzystać z jednej, wspólnej kuchni, łazienki i korytarza. Celem tej niewyobrażalnej dla nas ciasnoty było doprowadzenie mieszkańców do kolektywizacji trybu życia i zniesienia przestrzeni prywatnej. Komunałki nie zniknęły wraz z upadkiem Związku Radzieckiego. Nadal są w Rosji wszechobecne.

W Internecie znalazłam opis warunków mieszkaniowych przez Minora Nowikowa który w niej mieszkał:
„W pokoju stał stół, na którym spała babcia. Mój sześcioletni brat spał w łóżeczku pod stołem. Rodzice spali w łóżku przy drzwiach. Druga babcia spała na kanapie. Ciotka spała na wielkim piernacie na podłodze ze swoją kuzynką, a moja siostra (wówczas szesnastoletnia), mój kuzyn (dziesięcioletni) i ja (jedenastoletnia) wciskaliśmy się między nie – nie pamiętam nawet, jakim cudem”.

W takim mieszkaniu każdy wiedział wszystko o swoich sąsiadach. Co gotują, ile i jak często, o czym rozmawiają, kto do kogo przychodzi przychodzi i na jak długo, itd.

Przebywanie w jednym mieszkaniu z kilkoma (kilkunastoma) innymi rodzinami było przyczyną nieustających konfliktów. Wynikały z różnicy charakterów, sposobu bycia, niewystarczającą liczbą łazienek, toalet, miejsca w kuchni, na korytarzu, nie przestrzegania grafiku obowiązków, dostępu do telefonu czy sprzątania części wspólnych, itd.

Podsłuchiwanie, podglądanie i donosy organom bezpieczeństwa były na porządku dziennym.

Rozwiązania radzieckie próbowano przenosić na grunt polski. Duże przedwojenne mieszkania dzielono często między kilka obcych sobie rodzin. Po roku 1956 rezygnowano w Polsce z tworzenia podobnych rozwiązań.

Anna opowiadała, że miała relację od człowieka, który żył w komunałce, przy której się zatrzymała. Mówił on, iż była to jedna z pierwszych, jakie powstały. Nie było w niej ani kuchni, łazienek, urządzeń sanitarnych. Wszyscy mieszkańcy mieli się stołować w zakładowych stołówkach, pranie robić w pralniach publicznych, a z toalety korzystać na mieście. Taki to im raj zgotował Lenin, partia i jego Rewolucja Październikowa. Warto było się przy niej zatrzymać i na własne oczy zobaczyć ten luksus proletariatu.

Po dojechaniu do hotelu udaliśmy się na kolację a następnie poszliśmy spać, bowiem czekała nas długa podróż do Mińska.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk

Foto komunałka:internet