Niemcy odłączyły w sobote 15 marca 2023 roku swoje ostatnie elektrownie jądrowe od sieci, natomiast w Polsce w miniony czwartek powołano do życia spółkę, która będzie budować na licencji koreańskiej nasz już drugi zakład jądrowy o łącznej mocy 2800 MW.
Trudno o większą rozbieżność polityki energetycznej niż między Polską a Niemcami. Możemy być pewni, że Berlin będzie odtąd używał wszelkich dostępnych form nacisku, aby torpedować rozwój energetyki jądrowej w Unii Europejskiej, w tym w Polsce.
Wynika to po prostu z uwarunkowań ekonomicznych – gospodarki krajów dysponujących czystą, tanią i stabilną energetyką jądrową będą bardziej konkurencyjne od opartej na węglu i gazie gospodarki niemieckiej, biorąc pod uwagę podobny docelowy udział energetyki odnawialnej w państwach UE.
Aby zniwelować tę nierównowagę Niemcy będą musiały w ten czy inny sposób „wykończyć” atom u swoich sąsiadów, najpewniej za pomocą przeróżnych forteli prawno-legislacyjnych, wspierania antyatomowych organizacji „ekologicznych” prowadzących nieustanną kampanię czarnego PR wokół energetyki jądrowej (jedną z takich grup w Polsce jest stowarzyszenie „Bałtyckie SOS” protestujące przeciw budowie elektrowni w Kopalinie-Lubiatowie), straszenia skutkami ewentualnego rosyjskiego ataku/sabotażu na polskie zakłady jądrowe, czy wreszcie – wykorzytując podział polityczny w samej Polsce do nastawiania części opinii publicznej przeciw „pisowskim” elektrowniom.
Z wielu powodów polityki Polski i Niemiec znalazły się na kursie kolizyjnym i będzie bardzo trudno, nawet przy współudziale Amerykanów, uniknąć tu stale rosnących napięć.
Zostaw komentarz