Zrobiłem dzisiaj coś, czego w mediach społecznościowych organicznie nie znoszę i czego zawsze starałem się unikać. Kliknąłem przycisk „Zablokuj”. I piszę to z pełną świadomością i goryczą: uważam to za swoją osobistą porażkę.

Nie zablokowałem anonimowego bota ani partyjnego hejtera z farmy trolli. Zablokowałem człowieka, którego znam osobiście od wczesnej młodości.

Dzieliło nas pochodzenie: ja z typowej śląskiej rodziny robotniczej, syn górnika z dołu, on z tzw. lepszych sfer. Żaden zarzut, po prostu inny punkt wyjścia. Mimo to połączyła nas młodość, wspólne pasje i autentyczny idealizm tamtych lat. Do dziś z ogromnym sentymentem wspominam, jak wspólnie organizowaliśmy koncerty i pierwsze zbiórki w pionierskich latach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Byliśmy wtedy po prostu ludźmi, dla których liczyło się dobro i drugi człowiek.

Potem życie potoczyło się swoim torem. Wyprowadziłem się do innego miasta, kontakty naturalnie przygasły. Odnaleźliśmy się po latach na Facebooku – kurtuazyjne „cześć”, życzenia urodzinowe, czasem krótka wymiana zdań.

Wszystko zaczęło pękać dekadę temu, gdy z obywatelskiej nadziei zaangażowałem się w sieci w ruch Kukiz’15 i walkę z duopolem. Dopóki po 2015 roku punktowałem błędy zwycięskiego PiS-u – z jego strony były lajki i pełna aprobata. Ale gdy z tą samą chłodną bezwzględnością przypominałem grzechy i arogancję koalicji PO-PSL – pojawiła się agresja. Bo w plemiennej wizji świata nie ma miejsca na niezależność: albo maszerujesz z naszym salonem, albo jesteś śmiertelnym wrogiem.

Z czasem widziałem na jego profilu narastającą, specyficzną ojkofobię. Tę samą, którą od lat sączą niektóre wielkomiejskie salony: że Polacy powinni wiecznie za wszystko przepraszać, a każdego, kto ośmiela się myśleć patriotycznie i suwerennie, należy odrzeć z rozumu i elementarnej przyzwoitości. Zamilkłem. Żeby nie niszczyć dobrych wspomnień z młodości, po prostu wyciszyłem jego posty. Co roku dalej wysyłałem życzenia świąteczne i urodzinowe. Bez odzewu.

Aż do ostatnich dni.
Najpierw pojawił się pod moim postem wulgarny atak na Prezydenta i na mnie osobiście. Odpowiedziałem mu wtedy najbardziej kulturalnie i rzeczowo, jak potrafiłem: zapytałem, dlaczego nie potrafi podejść z dystansem do polityki, dlaczego nie potrafi oddzielić naszej wieloletniej znajomości od faktu, że mamy inne spojrzenie na Polskę, i dlaczego uważa, że ma prawo mnie obrażać. Odpowiedzi nie było.

Wczorajsze tragiczne wydarzenia w Krakowie wstrząsnęły zapewne każdym z nas, bez względu na sympatie i antypatie polityczne. Rzecz w tym, jak diametralnie różnie potrafimy na takie nieszczęście reagować. Podczas gdy ja pisałem o potrzebie opamiętania, o chłodzie rozumu i o tym, by w obliczu przelanej krwi nie dać się wciągnąć we wzajemną nagonkę na grobach ofiar – na jego profilu zobaczyłem kolejny seans nienawiści o „pisowskiej szczujni” i „prawicowych ch…ach”. Po ludzku smuci mnie to, że dla człowieka, którego znałem od tylu lat, każdy, kto nie zachwyca się wczorajszym, histerycznym wpisem pułkownika Mazguły na platformie X tak jak on, musi być automatycznie zdefiniowany jako „pisowski wróg”.

Nie wiem, być może dodatkową furię wywołało u niego to, że wczorajsza wygodna „narracja” – jakże ja uwielbiam ten elegancki eufemizm na zwykłe kłamstwo – o „prawicowym ekstremiście” dzisiaj zaczęła się z hukiem walić pod ciężarem faktów o makabrze w Ostrowcu i nihilistycznych śladach w sieci. A gdy fanatykowi rozsypuje się gotowy, wygodny wróg, bezsilna złość szuka pierwszego lepszego ujścia?

I ta złość wylała się dzisiaj na moim profilu, pod zwykłym, pół-żartobliwym wobec ojkofobów memem. Coś, co po prostu ścięło mnie z nóg.

Nie zamierzam wklejać tu zrzutów ekranu, bo nie o publiczny lincz tutaj chodzi. Oddam jedynie sens tych słów, które uderzyły we mnie z całą bezwzględnością. Dowiedziałem się od dawnego kolegi, że za moje pisanie „rozlicza się ze mną Putin w rublach lub dolarach”. Dowiedziałem się, że to moje posty „czytają niestety dzieci, co prowadzi do takich zdarzeń jak wczorajsze w Krakowie” – zostałem więc wprost oskarżony o współudział w masowej zbrodni. Na koniec dostałem protekcjonalny wykład o tym, że gdyby nie Unia, to Putin nie pozwoliłby mi nawet polecieć do Egiptu i – cytuję dosłownie – „ujeżdżać camele”. A wszystko zwieńczone histerycznym rozkazem: „Pomyśl i nie odpisuj mi proszę !!!”.

I w tym momencie dotarło do mnie z całą mocą, że tu nic już nie ma sensu. Żadne fakty, żadna logika, żadne wspomnienia ze wspólnej młodości nie mają szans w zderzeniu z tą plemienną tresurą. On po prostu wie jedno – to, co wielki świat i salonowe autorytety wbiły mu do głowy: że gdy widzi „pisowca” (a w tej sekcie „pisowcem” jest każdy, kto nie jest „nasz”), to jego jedynym zadaniem jest dać mu w twarz. Choć dosłownego, rynsztokowego instruktażu aktora Seweryna przez elementarny szacunek dla Waszych oczu jednak nie zacytuję.

Posłuchałem. Nie odpisałem. Zablokowałem.

I wiecie co? Czuję potworny, ludzki smutek. Bo ten kliknięty przycisk „Zablokuj” to nie jest dla mnie żadne zwycięstwo. To jest moja osobista porażka. Dowód na to, jak głęboko wdarła się w nas ta polityczna zaraza. Jeśli człowiek, z którym w młodości zbierało się do puszek na pomoc dzieciom, dziś patrzy na ciebie i widzi wyłącznie „płatnego sługusa Moskwy i inspiratora morderców”, to znaczy, że inżynierowie społecznej nienawiści osiągnęli swój cel.

Zabiliśmy w sobie elementarne człowieczeństwo. I za to – powtórzę to z pełną odpowiedzialnością – tę winę ponosimy dziś po prostu my wszyscy.

Znacznie „wyrazistsze” komentarze pozostawiam na swoim profilu pod postami, bo one świadczą o komentującym nie o mnie. Ale jego z oczywistych względów usunąłem.

Tak to już jest, gdy człowiek ma odwagę wyrażać własne opinie pod własnym imieniem i nazwiskiem – z takimi kosztami trzeba się po prostu liczyć. O ileż łatwiej byłoby założyć kolejny anonimowy profil z nazwą jakiejś partii czy polityka w tytule, wrzucać tanie, clickbaitowe nagłówki z formułką „artykuł w komentarzu” i kasować grubą mamonę od reklamodawców za spęd naiwnych owieczek, które po wszystkich stronach tego konfliktu same pchają się pod nożyce do strzyżenia.

Autor: Arkadiusz Seweryn Sadowski
Przedstawiciel Pokolenia X (rocznik 1970), na co dzień patrzący na Polskę ze śląskiej perspektywy Bytomia (Szombierek). W dorosłość wchodził wraz z narodzinami Trzeciej Rzeczypospolitej i do dziś ma nieodparte wrażenie, że do tych narodzin nigdy w pełni nie doszło. Z przekonania państwowiec o poglądach centroprawicowo-wolnościowych. Od lat konsekwentny krytyk partyjnego duopolu i postkolonialnego systemu wyborczego, zwolennik ordynacji większościowej (JOW) oraz pełnej odpowiedzialności urzędniczej. Nie uważa się za działacza ani wyrocznię – po prostu nie potrafi otaczającej rzeczywistości zostawić bez wnikliwej analizy i chłodnego komentarza. Z zamiłowania pisze wiersze, choć z wrodzonej pokory nie śmie nazywać siebie poetą.