Życie belfra, nawet pomocniczego, nabiera blasku pod koniec roku szkolnego, kiedy nauczyciele dostają prezenty. Na przestrzeni ostatnich lat wdzięczni rodzice zdążyli mnie obdarować; kilkoma kaktusami, wkładami do długopisu, solniczką, książką pt. “Rafał”, stemplem do odciskania exlibrisów, dwoma kuflami piwa i korkociągiem. Do szczęścia brakuje mi tylko; cepa, bimbrownicy i gęsiego pióra.
Ale w tym roku oprócz tortu z wygrawerowanym białą czekoladą napisem – “z podziękowaniami od klasy 7d”, dostałem też bilety do teatru.

Przyznaje, że obwąchałem je nieufnie, bo nie lubię komedii bulwarowych, ale żeby nie być jak ta “dziewka, do której szczęście się uśmiecha najwabniej, a ona robi fochy na szczodrość fortuny”, podarunek przyjąłem. Przed wejściem do przybytku Melpomeny odświeżyłem lekturę Szekspira w dziewiętnastowiecznym tłumaczeniu J. Paszkowskiego, co odcisnęło mi się na frazie, ale przygotowało do spektaklu. Widowisko, którym zostałem obdarowany, miało tytuł “Żegnaj panie Szekspir”, a jego autorem jest współczesny dramaturg angielski, Michael Kelly. Polska prapremiera sztuki została zrealizowana pod reżyserską batutą Jakuba Przebindowskiego w 2025 r. przez stołeczny Teatr Kwadrat.

W dniu spektaklu upał kuł Warszawę młotem, jak kowal płonącą podkowę.
Z tego gorąca córka, z którą umówiłem się pod teatrem, pomyliła adresy i zamiast w Kwadracie, stawiła się na Capitolu. Ale że oba gmachy leżą na tej samej ulicy, zdążyła swoją komedię pomyłek, wymienić na teatralną i nie spóźniła się na występ.
Przyznam, że i ja trafiłem do Kwadratu nie od razu, bo pamiętałem, że onegdaj mieścił się na Czackiego, więc trochu błądziłem lecz w końcu znalazłem go na Marszałkowskiej w pomieszczeniach dawnego kina Bajka. Po Bajce zostały tylko wspomnienia niegdysiejszych randek i lastrykowe mozaiki – ulubione dekoracje wnętrz epoki peerelu.

Sztuka pt. “Żegnaj panie Szekspir” jest przewrotną parafrazą tragedi Romea i Julii. W komedii Kelley`go młodzi bohaterowie wcale nie mają się ku sobie. Wręcz przeciwnie – nie lubią się. Za to ich rodzice pałają do siebie gorącymi uczuciami.
Cały pomysł oparty jest, jak to bywa w tego rodzaju komediach, na odwróceniu ról i mnożeniu zabawnych pomyłek.
Signor Monteki wypija napój miłosny, przygotowany przez mnicha Laurentego dla Romea, co sprawia, że starzec zakochuje się bez pamięci w żonie Kapuleta. Zaś puchar z lubczykiem przeznaczony dla Julii, wychyla leciwy Kapulet, co skutkuje jego afektem do mocno posuniętej w latach służącej.
Ten zdawałoby się niezbyt wyszukany koncept znakomicie wygrywają komedianci z Teatru “Kwadrat”
Zasłużeni aktorzy z zapałem młodzieńców: płoną z pożądania, mdleją z miłości i cierpią męki rozłąki niczym młodzi kochankowie w szekspirowskiej tragedii. Na szczególną pochwałę aktorską zasługują: Wojciech Wysocki (jako Signor Monteki) i Ewa Wencel (jako Signora Kapulet).
W roli ojca Laurentego wybornie spisuje się, też już przecież nie najmłodszy, Tomasz Schimscheiner. Jego rytualne tańce wokół cudownych eliksirów bawią publikę i dynamizują akcję.
Wielką zasługą reżysera jest trzymanie w ryzach aktorskiej nadekspresji, ograniczanie scenicznego efekciarstwa i umiejętne dozowanie slapstickowych gagów, które serwowane w nadmiarze w farsach, zamiast radosnego śmiechu, mogą wzbudzać w widzach uśmiechy politowania.
Jedyny dyskomfort sprawiła mi nadmiernie wyeksponowana scena balkonowa, w której Signor Kapulet wleczony, po trzykroć, do łożnicy przez chutliwą starkę, miga się od miłosnych obowiązków.
Zaś szczególną satysfakcję – aranżacja scen zbiorowych, zwłaszcza tych z udziałem szermierzy.

Podsumowując – z teatru wyszliśmy rozbawieni sztuką i schłodzeni wydajną klimatyzacją.
Córka skomentowała przedstawienie takimi słowy:
Tato – odkryliśmy nowy gatunek komedii!
To komedia geriatryczna, tyleż pikantna, co romantyczna.

Zgadzam się z Aną. Dlatego spektakl polecam wypalonym nauczycielom polskiego oraz jurnym kochankom w wieku 60+.

Autor: Marek Szarek