Zmartwychwstały
Odsunąwszy zawalone gruzy, rumowisko kamieni
Złom przepalonych rusztowań, i murów z piasku
Resztki zetlonych belek, i sterty śmieci
Ostrożnie wyszedł z ruin
W których powstać miał znowu jego grób
I ruszył przed siebie, do wyjścia.
Mijał klęczących
w kłębach snującego się jeszcze gdzieniegdzie, gryzącego dymu
Porażonych płomieniem ludzi
Pełzających jak ogień, na kolanach
Wzywających imię jego niepoznanego Ojca
W dziwnym języku wyznawców niedawnych niereligii
Błąkających się w chaosie pośród kolorowych ulic
Migoczących neonami przybytków chwilowego szczęścia.
Nic się na tym świecie jednak nie zmieniło – pomyślał
Miałem odejść pośród słabości i zwątpienia
By powrócić do świata wolnego od lęku i udręk
Zaś widok jaki tu zastałem nie różni się wiele od tego,
Z którym odchodziłem, wracając przez krzyż do domu.
Znowu jest tutaj barwna pustynia,
Choć mogłoby się wydawać że minęło lat tylko dwa tysiące.
Mijał wiec, na którym z mównicy
Jakby oszalały w pozornym bólu trybun
Przemawiał, obiecując błazeńskim głosikiem
Szybką naprawę i odbudowę
Dopiero co zawalonego interesu
Nazywając go narodowym
Oraz wykrycie i ukaranie sprawców
Winnych tej jakże dotkliwej ogólnoludzkiej szkody
O charakterze państwowym.
Starając się ukryć chytre spojrzenie przypisywał winę wszystkiemu
Czego nie mógł w swojej wyobraźni objąć, ani nazwać
Bo nie znał już ani jednego słowa by móc mówić o tym zgodnie
Z niepoprawną politycznie prawdą.
Cóż on mógł, pyszny, wiedzieć
Mimo że domyślał się zapewne po cichu
Kto popsuł mu tak wyborną zabawę
Po wielkiej, niewyjaśnionej wygranej w miejscowego totolotka.
Zapewne, jako pomocnik obecnego Imperatora
Chętnie skazałby Zmartwychwstałego ponownie na ukrzyżowanie.
Nie wiedział że On stoi przed nim
I uważnie mu się przypatruje.
I że on jeden słyszy wyraźnie głos, którym nie mówił z trybuny
Lecz krzyczała jego nieszczęsna dusza
Uwięziona w skarłowaciałym, umęczonym marnym aktorstwem umyśle.
Ale trybun nie mógł go jednak zobaczyć, by usłyszeć i uwierzyć.
Wówczas zdałby sobie sprawę z tego
Jak dalece niepotrzebna była mównica przy której fałszywie się trapił
I te słowa, które z niej wypowiadał
By ukryć swoje pozorne niezadowolenie.
Zmartwychwstały nie pokiwał ze smutkiem głową
Tak jak wszyscy wokół, od dawna niewierzący
Wzruszył jedynie niewidzialnie ramionami
I poszedł dalej, mijając oślepiony tłum.
Znowu miał przed sobą wielkie zadanie
By odnaleźć i zebrać w ciemnościach pogubionych ubogich
Dając im światło, które mogliby dojrzeć
By ponownie zacząć budować wrota do królestwa
Nie z tego świata
W którym wierności nie zamienia się na posiadanie
By ocalić resztki tego wszystkiego
Z czym żegnał ich przedwczoraj
Patrząc na garstkę niezdecydowanych, i wylęknionych
Ale jak się później przekonał
Nieulękłych naśladowców i wytrwałych męczenników.
Mijając to, co miało być dumnym gmachem Ojca
A stało się tylko wypaloną ruderą
Zaginionej Świątyni
Pobłogosławił jej pierwszym budowniczym
I tym wszystkim, którzy wytrwali dzięki ich wierze.
Nie potrzebował teraz jednak tak wielkich
I martwych budowli.
Jego niezmierzoność była ograniczona
Do jednej ważnej misji:
Przyszedł by odbudować na nowo
Rozsprzedaną i wytraconą wiarę.
Wstawał świt.
Zostaw komentarz