Parlamentarzyści z woj. śląskiego mogą stanowić ogromną siłę w polskim parlamencie. Niestety nie potrafią, albo nie chcą tego wykorzystać. W Sejmie mijającej kadencji było aż 31 posłów PO i 6 posłów, którzy trafili tam z list Ruchu Palikota. Co zrobili dla naszego regionu? Otwórzcie portfele, zerknijcie na stan kont. Pustawo, prawda?

W województwie śląskim w 6 okręgach wyborczych do Sejmu na kandydatów przypada aż 55 mandatów poselskich. 12 z okręgu katowickiego, po 9 z gliwickiego, sosnowieckiego i rybnickiego. 9 posłów reprezentuje okręg bielski z Pszczyną, 7 częstochowski. Co ósmy poseł jest z naszego województwa. Teoretycznie potężna siła, w praktyce wychodzi słabiutko. W koalicji rządzącej PO-PSL nie było żadnej silnej osobowości z naszego regionu, żadnego polityka, który miałby pozytywny wpływ na funkcjonowanie państwa. Większość to trybiki partyjnej maszynki do głosowania i nic poza tym.

Żołnierzyki PO
Szef Platformy Obywatelskiej na Śląsku Tomasz Tomczykiewicz (nazywany przez kolegów z ostatniej strony naszego Tygodnika „człowiekiem ze Pszczyny”) otrzymał od partii-matki stanowisko wiceministra gospodarki odpowiedzialnego za górnictwo. Jak dbał o tę kluczową dla regionu branżę, widać jak na dłoni. Senator PO z naszego regionu i wicepremier u schyłku rządów Donalda Tuska, ewakuowała się z pryncypałem do Brukseli. Posłanka PO z Knurowa i wiceminister, a następnie minister w resorcie edukacji Krystyna Szumilas jest współwinna zapaści w polskiej oświacie. I słuchając jej wypowiedzi, można mieć naprawdę poważne wątpliwości, czy mogłaby pełnić funkcję wicedyrektora jakiejkolwiek, najmniejszej nawet placówki oświatowej. Do pełnienia funkcji szefowej resortu edukacji z pewnością się nie nadawała. Poseł PO z Katowic Borys Budka został parę miesięcy temu rzucony przez Ewę Kopacz na „odcinek sprawiedliwości”. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że to w ramach jakiegoś wewnętrznego klucza podziału stanowisk dla poszczególnych regionów. Dla Śląska też trzeba coś dać. Jakieś paluszki, czy miseczkę fistaszków. A że trafił na stołek kierownika stajni Augiasza, a Augiasza się nie rusza, bo nasz? Nieważne. Grunt, że jakieś stanowiska dla tych ze Śląska też są.

O ministerialnych wyczynach innych mieszkańców naszego regionu takich jak Joanna Kluzik-Rostkowska czy prof. Marian Zembala codziennie mogą się przekonać rodzice dzieci w wieku szkolnym i petenci polskiej, publicznej służby zdrowia. Tak w praktyce rządzenia wyglądała ta liczna reprezentacja posłów PO z naszego regionu. I dziwię się tym mieszkańcom województwa, którzy chcą ponownie oddać im swój głos. Albo samobójcy, albo ludzie tego partyjnego układu powiązań i zależności, ale w sumie też samobójcy.

13 nieznanych senatorów
W Senacie ze 100 mandatów 13 przypada na nasze województwo. I co? I nic. W tzw. izbie refleksji w tej kadencji nasz region reprezentowało aż 12 senatorów z PO i jeden tzw. niezależny, ale z PO zaprzyjaźniony. Co prawda w wyborach uzupełniających w 2013 roku i w 2015 roku dwóch senatorów z Platformy zastąpili dwaj senatorowie z PiS, ale nie miało to żadnego wpływu na wynik głosowań w zdominowanym przez PO Senacie. Nazwiska senatorów z naszego województwa większości z nas nic nie mówią, a jeśli już jakieś obiły nam się o uszy, to raczej nie w związku z walką o interesy mieszkańców naszego regionu, lecz wyczyny celebrycko-publicystyczne. To jest po prostu dramat.

Sens głosowania
Te wybory to szansa dla mieszkańców naszego regionu na zmianę. Czy ta szansa zostanie wykorzystana, zależy tylko od nas. Przekaz śląsko-dąbrowskiej Solidarności jest prosty i czytelny – każdy, byle nie z PO. Ale to przekaz minimum. Trzeba wyraźnie dodać, że w tych wyborach startuje sporo farbowanych lisów. Na przykład na listach tzw. Zjednoczonej Lewicy znaleźli się między innymi ludzie od Palikota. Nie dajcie się nabrać. Nie dajcie się nabrać też na inne ugrupowania reklamujące się jako nowe, antysystemowe, wśród których największym chyba kuriozum jest Nowoczesna Ryszarda Petru – beneficjenta systemu, który mówi, że będzie walczył z systemem. Namnożyło się tego tylko po to, by rozbić głosy ludzi, którzy mają dość obecnej sitwy.

Jest jasne, że dla części wyborców kandydaci największej partii opozycyjnej z różnych względów, również emocjonalnych, są nie do zaakceptowania, ale jest jeszcze Ruch Kukiz’15. Trochę przypominający pospolite ruszenie, ale przecież taka była Solidarność, gdy się rodziła 35 lat temu. Jest jasne, że wyborach do Sejmu głosując na konkretnych ludzi i tak głosuje się w gruncie rzeczy na szyldy. Jest jasne, że głosujący kalkulują, czy lepiej wybrać mniejsze zło, niż zmarnować głos. To nie jest łatwy wybór, ale jestem przekonany, że trzeba, po prostu, zagłosować zgodnie z własnymi przekonaniami i zgodnie z własnym sumieniem, choćby dlatego, żeby móc spokojnie spoglądać w lustro, mówiąc: Głosowałem, na tego, który reprezentuje moje poglądy i nasz region. Bo to jest istota udziału w wyborach i taki jest sens głosowania.

Idź i wybierz
Ale przede wszystkim trzeba do głosowania pójść. W poprzednich wyborach parlamentarnych w 2011 roku frekwencja w naszym województwie wyniosła 49, 3 proc. To oznacza, że co drugi wyborca je „olał”. Doświadczenie życiowe uczy, że w tej „olewającej” połowie jest bardzo dużo krzykaczy i narzekaczy. Nie chodzą do wyborów, ale są pierwsi do snucia opowieści o tym, jakoby Polacy nie potrafili wybrać sensownej władzy i że wybory nie mają sensu. To ich postępowanie i gadanie jest bez sensu. Obywatel w obecnym systemie politycznym na co dzień ma ograniczony wpływ na postępowanie władzy. Praktycznie jedynym momentem, w którym można rządzących skutecznie przywołać do porządku, nagrodzić lub ukarać, są właśnie wybory. I kto z tego nie chce skorzystać, ten trąba. Pretensje może mieć tylko do samego siebie. Ci, którzy z polityki i z układów z władzą żyją, na pewno pójdą do wyborów. O swój interes potrafią zadbać doskonale.

Stefan Woźnicki

Solidarność Katowice