Jestem skromnym prawnikiem (wbrew pozorom to nie oksymoron) i pisząc tutaj, staram się nie wychodzić poza tematy, w których czuję się kompetentny. Dzisiaj jednak zrobię wyjątek. Lektura inspirującego artykułu o architekturze skłoniła mnie do podzielenia się kilkoma uwagami – może mało fachowymi, ale własnymi. W końcu prawo do posiadania „własnego poglądu na wszystko” to jeden z fundamentów naszej wolności.
Wydaje mi się, że często postrzegamy architekturę jedynie jako „ściany i dachy”. Nic bardziej mylnego. Jako Polacy rzadko angażujemy się w dyskusję o tym, co i jak budujemy. Słowo „patodeweloperka” stało się wprawdzie głośne, ale mam wrażenie, że służy ono jedynie do kanalizowania negatywnych emocji, które szybko wygasają, nie przynosząc realnej zmiany. Traktujemy architekturę jako tło, coś, co po prostu „jest”.
Tymczasem ona kształtuje naszą rzeczywistość i sposób myślenia znacznie mocniej, niż nam się wydaje. To nie tylko kwestia estetyki, ale przede wszystkim tego, jak wchodzimy w interakcje z innymi ludźmi.
Architektura projektuje nasze relacje.
Dobrze zaplanowane place i parki budują wspólnotę. Zła architektura izoluje nas w betonowych pustyniach, potęgując samotność. Pamiętają Państwo piosenkę „Szklana Pogoda” Małgorzaty Ostrowskiej?
To dla mnie genialny opis polskiego modernizmu osiedlowego. Określenie „nad ogromną betonową wsią” to celny skrót myślowy dotyczący blokowisk – miały być nowoczesnymi maszynami do mieszkania, a stały się miejscami izolacji i samotności w tłumie. To architektura separacji: „rygle, zamki”, „szklany judasz”, „kłódki trzy”. Blok staje się fortecą, a kontakt z drugim człowiekiem podszyty jest nieufnością.
Podobnie u Martyny Jakubowicz: „W domach z betonu nie ma wolnej miłości”. To opis budynku jako pudła rezonansowego, w którym brak intymności, bo „sąsiad o ścianę pięścią wali”. To także klimat voyeuryzmu – „szklane oczy dookoła śledzą każdy twój ruch”. Gdy bloki stoją „okno w okno”, architektura staje się narzędziem społecznej kontroli i wymusza autocenzurę.
Przypomina to filmowy panoptykon czy słynne „Okno na podwórze” Hitchcocka, gdzie architektura tworzy ramy dla aktu podglądania.
Jak to zmienić?
Współczesne osiedla z ogromnymi przeszkleniami, budowane bez zachowania odpowiedniej przestrzeni, promują ten „wymuszony voyeuryzm”.
Jako prawnik widzę tu konkretne zadania dla państwa:
1. Realne Miejscowe Plany Zagospodarowania Przestrzennego, które narzucają budowę przedszkoli i placów miejskich, zamiast pozwalać na „wyciskanie” działki do ostatniego centymetra.
2. Prawo wymuszające sadzenie drzew w gruncie rodzimym, zamiast marniejących trawników na dachu garażu.
3. Powrót do rygorystycznych norm odległości między budynkami.
Jednak dopóki nie zaczniemy wymagać od architektury tego samego, co od nowego samochodu – wygody, bezpieczeństwa i wyciszenia – będziemy kupować „pudełka z betonu”.
Kluczem do przełamania monopolu deweloperów jest budownictwo społeczne.
Wzorem jest tu Wiedeń. Ponad 60% mieszkańców żyje tam w mieszkaniach dotowanych przez miasto. Tamtejsza architektura po prostu działa – nie wyklucza, oferuje ogrody sąsiedzkie i świetlice, które nie są „stratą miejsca”, lecz zyskiem dla społeczności.
Czy takie zmiany są u nas możliwe? Przykład mojego rodzinnego Zwolenia pokazuje, że tak. Budynek przy ulicy Bogusza 10 stał się ogólnopolskim symbolem „głębokiej termomodernizacji”. Zastosowano tam rozwiązania, które w 2017 roku brzmiały jak science-fiction: pompy ciepła, fotowoltaikę i systemy odzysku ciepła.
Mieszkańcy bloku na Bogusza zobaczyli realną korzyść w portfelu. To najsilniejszy argument, silniejszy niż dziesiątki wykładów. W ślad za nim idą kolejne bloki, np. przy ul. Wojska Polskiego. „Stary beton” przestał być wyrokiem, a stał się obiektem o standardzie niemal pasywnym.
Często mówimy, że nie stać nas na dobrą architekturę, zwłaszcza gdy ceny za metr w Warszawie szybują w kosmos. Przykład Wiednia, ale i ten lokalny, zwoleński, pokazuje coś odwrotnego: to na złą architekturę nas nie stać. Płacimy za nią nie tylko w rachunkach za ogrzewanie, ale w kosztach społecznych, zdrowotnych i poczuciu izolacji.
Winston Churchill powiedział kiedyś: „Najpierw my kształtujemy nasze budynki, a następnie one kształtują nas”.
Architektura to nie tylko ściany – to scenografia naszego życia. I najwyższy czas, byśmy jako „widzowie” i „użytkownicy” zaczęli domagać się od tej scenografii znacznie lepszej jakości. Bo to, jak dziś budujemy, za trzydzieści lat będzie decydować o tym, czy wciąż będziemy potrafili ze sobą rozmawiać (mam wrażenie, że my się dopiero tego uczymy!), czy jedynie obserwować się przez szklanego judasza.
Zostaw komentarz