Gdyby ktoś chciał napisać współczesną przypowieść o politycznej naiwności, mógłby spokojnie zacząć od rury. Nie byle jakiej — dwóch rur. Nord Stream 1 i Nord Stream 2 — stalowe arterie, które miały pompować nie tylko gaz, ale i złudzenia.

Bo przecież miało być pięknie. Handel zamiast konfliktu. Współpraca zamiast napięcia. Gaz jako most, nie jako narzędzie nacisku. A gdzieś w tle polityczny teatr, w którym główne role grali Angela Merkel i Vladimir Putin — jedno z przekonaniem, że robi interes życia, drugie z przekonaniem, że robi historię.

A na widowni? Entuzjastyczne oklaski. W tym także z Polski, gdzie Donald Tusk — „chłopiec z Kaszub”, jak lubią go określać złośliwi — miał być tym, który rozumie Europę lepiej niż ona sama siebie. Architekt dialogu. Tłumacz między Wschodem a Zachodem. Gwarant, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Planem, który — jak dziś widać — przypominał bardziej polityczną wersję Pakt Ribbentrop-Mołotow niż nowoczesną strategię energetyczną. Tam też były zapewnienia, że chodzi o stabilność. Tam też była wiara, że można się dogadać ponad głowami innych. I tam też historia wystawiła rachunek szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.

Tyle że tym razem zamiast czołgów pojawiły się kontrakty, zamiast map — wykresy dostaw, a zamiast tajnych protokołów — konferencje prasowe pełne dyplomatycznego uśmiechu.

I nagle — bum.

Nie metaforycznie. Dosłownie.

Bałtyk zawrzał, a razem z nim cała narracja o „bezpiecznej współpracy”. Rura, która miała łączyć, stała się symbolem pęknięcia. Projekt, który miał być dowodem pragmatyzmu, okazał się podręcznikowym przykładem krótkowzroczności.

Czy ktoś się pomylił? Oczywiście. Czy ktoś poniesie konsekwencje? Tu już zaczyna się kabaret.

Bo w polityce, jak w dobrym teatrze, najważniejsze jest nie to, co się wydarzyło — tylko kto opowie o tym historię. Jedni powiedzą: „to była zdrada”. Inni: „to była konieczność”. Jeszcze inni: „nikt nie mógł przewidzieć”.

A rury? Rury milczą. Leżą na dnie i przypominają, że czasem największe wybuchy zaczynają się od bardzo spokojnych decyzji.

I tak leżą. Dwie stalowe linie złudzeń na dnie Bałtyku — ciche, nieruchome, ale jakby wciąż „w gotowości”. Bo przecież w europejskiej polityce nic nie kończy się naprawdę. Tu wszystko jest „pauzą strategiczną”, „okresem przejściowym” albo — ulubione słowo salonów — „resetem”.

Rury więc czekają.

Na kolejny moment olśnienia. Na następne pokolenie pragmatyków, które znów odkryje, że „trzeba rozmawiać”. Na świeżą porcję ekspertyz tłumaczących, że tym razem będzie inaczej, że historia nie ma tu nic do rzeczy, że gaz to tylko gaz, a interes to tylko interes.

Czekają na nowy „reset” z Rosja — jeszcze bardziej dojrzały, jeszcze bardziej świadomy, jeszcze bardziej… naiwny.

Bo jeśli czegoś ta historia uczy, to chyba tylko tego, że pamięć w polityce bywa krótsza niż rurociąg.