Z wiekiem coraz bardziej kalendarz porządkuje moje wspomnienia, pamiętacie Państwo takie ścienne kalendarze zazwyczaj formatu A 7, z których odrywało się kartki, na których odwrocie – wypisywane były różne zdarzenia, które w danym dniu miały miejsce? Otóż moja pamięć serwuje mi coś podobnego. Komputer wyświetla datę, a na moim ekranie pamięci – cyk, wyświetla się wspomnienie. Niektóre błahe, nieistotne, takie niedręczące poczuciem winy, a także wzbudzające jeszcze dzisiaj dreszcz przeżywanej wtedy grozy.
No więc od samego rana chodzi mi pogłowie, jak to w 1989 roku, ostatniego marca – zasadziłem 4 hektary kartoflami.
Hektary były odziedziczone, a ziemniaki wzięte na kredyt, który miałem spłacić po wykopkach, ze względu na szalejącą wtedy inflację …w naturze, za jednego ziemniaka, miałem oddać dwa.
Dotąd odczuwam dreszcz emocji, kiedy po dokonaniu tej operacji wieczorem – dowiedziałem się z prognozy pogody, że w nocy z 31 marca na 1 kwietnia temperatura spadnie do – 10 stopni Celsjusza.
Wprawdzie zbliżałem się do pięćdziesiątki, ale rolnictwem zajmowałem się dopiero od roku. Miałem za sobą bardzo udany debiut w postaci niezłego plonu pszenżyta, które nawet zakontraktowałem w Centrali Nasiennej jako ziarno siewne. Posiłkując się, odziedziczoną po teściu inżynierze rolniku literaturą zaplanowałem owe kartofle, kombinując, że jak posiekam słomę po triticale Grado i posypię ją nawozem azotowym, to po zaoraniu będę miał elegancki substytut obornika.
Jeszcze przed zimą – zawarłem umowę z krochmalnią na dostarczenie zawartej w ziemniakach skrobi, w zamian zakład zobowiązał się dostarczyć loco stacja Waganiec ponad 11 t sadzeniaków… o pociągającej mnie starego wodniaka nazwie Brda. Tak też się stało. Termin dostawy wyznaczyłem po przeczytaniu w podręczniku, bo nie było wtedy jeszcze Google, że im wcześniej posadzę to, tym więcej ziemniaków zbiorę. Ziemniaki przybyły w workach, opatulonych słomą.
W kółku rolniczym obstalowałem dwie sadzarki… i po paru godzinach dokonałem zapłodnienia kujawskich piasków bonitacji klasa 3 a kwalifikowanymi ziemniakami — a tu masz… komuniści zapowiedzieli mróz. Przeszył mnie wtedy dreszcz, który do dzisiaj pamiętam. Przerażony widmem klęski wymarznięcia, poleciłem jeszcze raz przejechać radłem po zagonach, obsypując je dodatkową ziemią. Zabieg, chociaż jak niektórzy krakali, bardziej magiczny niż skuteczny okazał się w zaistniałej sytuacji potrzebny- wdzięczne za tą dodatkową pierzynkę ziemniaki obrodziły rekordowo, jak na tamte czasy — trzynastokrotnie.
To wspomnienie ilustruję, okrojonym przez przeprowadzkę księgozbiorem, w którym nie mogłem się dzisiaj doszukać wydanej w latach pięćdziesiątych książki radzieckiego autora propagującego sadzenie ziemniaków jesienią, tak aby osiągnąć dwa plony rocznie…
Tę pozycję przeczytałem bardzo uważnie, ale nie miałem okazji, zalecanej przez radzieckiego akademika metody zastosować, bo Rzeczpospolita wezwała mnie do służby demontowania PRL.
Zostaw komentarz