Obywatele tracą zaufanie do waluty, państwo natomiast drukuje pieniądze bez opamiętania, aby realizować swoje zadania i zobowiązania, przykładowo związane z wypłatą świadczeń sferze budżetowej (pensje, emerytury). Następuje całkowite załamanie systemu finansowego.

W wielkim uproszczeniu, to również sytuacja w której na rynku pojawia się w tym samym czasie nagły niedobór różnego rodzaju kluczowych towarów niezbędnych do funkcjonowania zwykłych obywateli, firm oraz nadmiar gotówki za którą „wszyscy” chcą te towary zakupić w możliwie najkrótszym czasie, na potrzeby bieżące i zapasy w obawie przed ich niedostępnością. Im większe i dłużej trwające braki różnych towarów, tym jeszcze szybciej spadające zaufanie, że za posiadaną walutę uda nam się coś nabyć.

Hiperinflacja to proces, który pojawia się nagle, gwałtownie, ale po okresie nawet kilkuletnim, stopniowo rosnącej i utrzymującej się przez pewien czas wysokiej inflacji. Wystarczy jednak zaledwie kilka miesięcy, kiedy system załamuje się a pieniądz traci wartość z dnia na dzień.

Popatrzmy na hiperinflacje w Republice Waimarskiej i bliższej naszym czasom w Wenezueli.

Dziś w świecie zachodnim taka sytuacja jest możliwa? 

Pewne rzeczy dzieją się naturalnie czy może ktoś przy tym majstruje?

Bez wchodzenia w szczegóły i jakieś głębsze analizy, zaakcentuję tylko to czego już jesteśmy świadkami i czym jesteśmy straszeni od początku 2020 roku.

Zamykanie gospodarek światowych przez zatrzymanie pracowników w domach, ograniczenie produkcji rolnej i przemysłowej czy też wywołanie sytuacji, że staje się nieopłacalna, zakłócenie a nawet załamanie łańcuchów dostaw, dodruk ogromnej ilości pieniędzy, narastający strach zwykłych ludzi i firm przed tym co przyniesie przyszłość a tym samym wstrzymywanie się w podejmowaniu decyzji związanych z inwestycjami, wybuch konfliktu zbrojnego pomiędzy państwami, które są największymi eksporterami pszenicy.

To prosta droga do stopniowego pojawienia się niedoborów ważnych towarów i usług niezbędnych do funkcjonowania zwykłych ludzi i firm w dłużej perspektywie czasowej.

To podtrzymywanie negatywnych emocji, obaw, strachu, który może przerodzić się w panikę w pewnym momencie. Rządy przyznają się już oficjalnie, że dodrukowały zbyt wiele pieniędzy.

Co hiperinflacja oznacza dla zwykłego Kowalskiego?

To sytuacja w której pensja będzie wypłacana jako dniówka. Jajko o 9 rano może kosztować 2 zł. a wieczorem już 10 zł. Każdy pracujący zatem będzie domagał się natychmiastowej gratyfikacji za swoją pracę, usługi i wymieniał te pieniądze na coś „fizycznego”.

Nikt nie będzie odkładał wydatków na później, zbierał na coś, oszczędzał itp. jak ma to miejsce obecnie. Na pewne towary czy usługi jednak trzeba czekać. Nikt jednak czekać nie będzie chciał, bo jutro te pieniądze mogą nie być już coś warte. Jeżeli nie chcesz lub nie możesz czekać i chcesz coś kupić natychmiast, to zawsze przepłacisz. Jeżeli tego towaru też nie będzie zbyt wiele, to zapłacisz jeszcze więcej. Jeżeli wszyscy będą robili jak ty, to zapłacisz wielokrotnie więcej. 

Ludzie w takich okolicznościach chcą kupić za otrzymane pieniądze cokolwiek. Jeżeli nawet nie jest to im potrzebne, to może być  potrzebne komuś innemu z kim wymienią się na coś co oni potrzebują. Przerabialiśmy to już w czasach PRL.

Zapomniałem wspomnieć o tym, że tuż przed „eksplozją” hiperinflacji następuje proces „wyciągania”, oszczędności w obawie przed utratą ich wartości i zamianą ich na jakieś konkretne dobra, np. nieruchomości, złoto. Stać na takie działanie jednak niewielki procent społeczeństwa. To podbije ceny na pewne dobra, ale nie wywoła hiperinflacji.

Prawdziwy problem pojawi się kiedy dotknie to produktów podstawowych wraz z obawą, że sytuacja nie jest w żadnym razie przejściowa. Dotknie to również niemal wszystkich w tym samym czasie. Jeżeli zabraknie paliwa na stacji benzynowej, to ucierpi pani sprzątaczka dojeżdżająca do pracy i prezes ogromnej firmy. Wszyscy mają problem, a ci zamożniejsi może nawet dużo większy.

Z wielu rzeczy możemy zrezygnować, możemy wstrzymać się z ich zakupem. Nie musimy kupić nowych spodni, iść do fryzjera, wymienić jakiś sprzęt na nowy. Musimy jednak jeść, ogrzać się, posiadać energię aby coś wytworzyć i dostarczyć do punku A czy B.

Droga żywność i energia, a raczej nagły czy też spodziewany jej brak może wywołać panikę w której ceny zaczną rosnąć z godziny na godzinę. Jeżeli obawa a nawet strach utrzyma się dłużej niż kilka tygodni, to wyciszenie emocji może okazać się bardzo trudne. Cokolwiek nie powie władza, to ludzie będą wiedzieć swoje. U jednych panikę wywoła wiadomość, że cena chleba wzrosła o 100%, u innych widok pustych półek przez kolejne dwa dni. No właśnie. Sam widok pustej półki na której zawsze było pełno paczek makaronu wywołuje w ludziach już niepokój. Jeżeli w tym samym czasie ustawi się po jakiś produkt kolejka, to jeżeli nawet wcześniej nie chcieliśmy go kupić, to nagle zaczynamy o tym myśleć aby to zrobić. 

Istotnym elementem jest też „brak nadziei” na poprawę sytuacji. Ludzie nie wierzą, że poprawi się sytuacja w najbliższych miesiącach. 

Swoją drogą posłuchajcie co mówili, mówią rządzący od pewnego czasu. Pandemia nie zniknie, wirus zostanie z nami już na zawsze. Zostały zerwane łańcuchy dostaw i musi potrwać, aby zostały przywrócone do stanu poprzedniego. Wojna w Ukrainie z pewnością wywoła niedobory żywności na świecie. Ceny energii z powodu działań wojennych, ochrony klimatu nie spadną. Zabierana jest nam nadzieja od ponad dwóch lat na normalność, ale w tym samym czasie nie została zastopowana „drukarka z pieniędzmi”.

Wraz z szybką utratą wartości pieniądza w problemy wpadną firmy wytwarzające dobra na których nam zależy. Proces wytworzenia czegoś, to często wiele tygodni, miesięcy i współpracy wielu ludzi z różnych stron świata. Jeżeli w tym czasie z dnia na dzień rozliczanie się, prowadzenie biznesu stanie się ogromnym ryzykiem, to w kilka miesięcy problemy z dostępnością nowych towarów na rynku jeszcze bardziej się powiększą. Ludzie nie są głupi, zorientują się szybko, że tak będzie i będą chcieli tym bardziej kupić coś „za wszelką cenę” w jak najkrótszym czasie. Ci co mają towar i mogą się wstrzymać z jego sprzedażą, zatrzymają go licząc na lepszą cenę czy też unikając ryzyka straty.

Kredyt umrze. Nikt nikomu nie da nic na kredyt. Nie zechce czekać nawet dnia na zapłatę. 

Dla firm, instytucji, producentów oznacza, to paraliż a dla wielu bankructwo. Gminy, powiaty, samorządy, firmy państwowe zażądają od nas płacenia nieustannie rosnących rachunków za prąd, wodę. 

Zanim zareaguje państwo możemy okazać się już bankrutami. Rodzi się pytanie czy państwo w którym aktualnie żyjemy, pracujemy zechce nam pomóc i kiedy to zrobi? Czas będzie mieć kluczowe znaczenie.

Może się okazać, że po zaledwie kilku miesiącach osoby posiadające nawet niewielki kredyt na zmienne oprocentowanie będą bankrutami. Co tam bankrutami, będą „niewolnikami” do końca swoich dni. Nie tylko osoby prywatne, ale dotyczy to również firm, instytucji, całych miast. 

Reakcja państwa może okazać się bardzo wybiórcza. Pojawi się reglamentacja wybranych towarów, pewne regulacje w wybranym zakresie funkcjonowania państwa i gospodarki, ale nie ochronią wszystkich. Nie ochronią celowo czy po prostu nie będzie takiej możliwości. 

W pewnym stopniu tania energia, tania żywność oraz zaufanie do władz chroni nas przed wystąpieniem hiperinflacji. 

Tania energia nie zastopowała jednak tego procesu w Wenezueli. Energia przysłuży się tylko do wytworzenia produktów i ich dystrybucji. W Wenezueli zabili jednak przez lata własną produkcję a wygodne społeczeństwo sprowadzało z zewnątrz to co potrzebowali. 

W Polsce i generalnie w świecie zachodnim rosną ceny energii i żywności. Dowiadujemy się, że nasz dobrobyt zależy od tego co wyprodukują w Chinach czy w Ukrainie. 

Jeżeli zabraknie części z Chin do naszych maszyn, linii produkcyjnych, zabraknie żywności z Ukrainy i Rosji a zaufanie do dolara czy euro zostanie podważone, to czy może nam grozić hiperinflacja za rok czy dwa? 

Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie.

Ja wiem jedno. Jeżeli miałaby kiedykolwiek się zdarzyć, to „ból” z nią związany może złagodzić tylko rozproszona produkcja żywności. Jak za PRL. W sklepach nic nie było, ale nikt nie chodził głodny.

W każdej wsi, niemal przy każdym domu były ogródki warzywne, drzewa owocowe i nawet mniejsza czy większa hodowla (kury, króliki, świnie, krowy). Ludzie potrafili wytworzyć i przetworzyć żywność, która następnie trafiała również do miast. 

Dziś na wsiach „nie ma żywności”. Są posadzone ozdobne drzewka, a zwierzęta są „brudne” i trzeba się przy nich narobić. Dzięki wielkim wyspecjalizowanym gospodarstwom, które korzystały z taniej energii, nawozów, kredytów przestało się po prostu opłacać innym robić cokolwiek, aby mieć warzywa czy mięso. To dziś raczej hobby. 

W sytuacji wyższej konieczności oczywiście wielu ludzi zechce wykorzystać kawałek ziemi, który posiadają, aby coś obsiać, wyhodować. To jednak proces, który nie da się odtworzyć szybko. To miesiące a nawet lata. Nic nie rośnie w tydzień, ani warzywa, ani pszenica ani kura znosząca jajka czy krowa dająca mleko.

W przypadku hiperinflacji tylko własna żywność uchroni przeciętnych ludzi przed katastrofą. Jeżeli ktoś posiada również własną wodę, energię, może przejść w takich okolicznościach nawet dłuższy czas suchą nogą. 

Takich osób jest jednak coraz mniej. Wyprowadzamy się na wieś, ale po to aby cieszyć się lepszym powietrzem, brakiem korków a nie aby pracować na polu czy w chlewiku przydomowym. 

Jeżeli wystąpi hiperinflacja, to ucierpimy dużo bardziej niż nasi pradziadkowie. Dlatego, że cena żywności, której nie dostarczą wielkie gospodarstwa rolne nas wykończy. O kredytach, zobowiązaniach finansowych nawet nie wspomnę.

Zadbajmy nie tylko o nową kostkę brukową przed domem, ale o miejsce dla kur w razie gdyby coś jednak poszło nie tak.

Fot. Pixabay

Autor: Konrad Dziennik
Polski socjolog, były wieloletni dyrektor w portalu INTERIA.PL, przedsiębiorca.