Nie pamiętam, który to był rok stanu wojennego. W każdym razie pierwszy w PRL, kiedy dołaczyć do prawomocnego pochodu przed trybuną, trzeba było mieć zezwolenie. Żaden rozrabiacz nie miał prawa demonstrowania na Marszałkowskiej.

Na przystanku na skrzyżowaniu Gagarina i Belwederskiej stała grupa ludzi. I było wiadomo who is who. Jedni w białych koszulkach, często marynarkach, buty wyczyszczone, twarze odświętne i godne. Pierwszomajowcy Jaruzelskiego. I tacy w podkoszulkach, addidasach i dżinsach. Wiadomo – niegodziwcy z Solidarności.

Autobus ruszył. Zatrzymał się na skrzyżowaniu Alej i Nowego Światu, przed gmachem ówczesnego KC. Kierowca otworzył drzwi i powiedział bardzo uprzejmie i spokojnie: „komuniści, spierdalać na maszerowanie”. I tak zrobili. bez slowa.

„A my teraz prosto na Zoliborz?” – spytał kierowca. Przytaknęliśmy. Odbyła się msza. Nie pamiętam, co mówił ksiądz Jerzy. Pamiętem asystę wozów opancerzonych i polewaczek. Mimo tej asysty po mszy ludzie sformowali stateczny pochód i odśpiewali „Za Katyń, ze grodno, za Wilno, za Lwów, zapłaci czerwona holota”. Czerwona holota oczywiście się zdenerwowła i polała naszą hołotę wodą i pogoniła pałami. I przez tą czerwoną hołotę nawet wtedy nie udało mi się być na pochodzie pierwszomajowym.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.