Już lepiej wybrać się na balet albo pokaz tańca nowoczesnego. John Wick, to nie jest kino fabularne. To sfilmowana niekończąca choreografia pojedynków toczonych w wysmakowanych sceneriach kompletnie bez sensu.

Akcja jest bez znaczenia. Minimalistyczne dialogi też. Wszystko służy jedynie przepchnięciu widza do kolejnej scenerii, gdzie utknie na kolejny kwadrans tej potwornej dłużyzny patrząc, jak główny bohater masakruje tuziny wrogów. Czasem można odnieść wrażenie, że jest to po prostu jakiś odrzucony fragment z prób do „Matrixa”, gdzie w roli powielanego w nieskończoność agenta Smitha wcieliła się garstka innych aktorów niż Hugo Weaving. Wszystkich jednak, co do zasady, całkiem jednakowych.

Jest to wszystko tak durne, tak nudne i tak beznadziejnie przewidywalne, że niewiadomym jest właściwie jedynie to, czy John Wick wypruje kolejnemu adwersażowi flaki nożem, czy też raczej przestrzeli mu głowę przez oczodół. Innych tajemnic ten film nie ma. Aktorstwo Keanu Reevesa sprowadza się do bycia czarnym konturem z czarnym spojrzeniem i czarną spluwą. Postać ta czasem powie „yes” lub „no”, ale najczęściej nie mówi nic, bo nie ma w sumie wiele do powiedzenia. Właściwie mógłby się ani słowem nie odezwać – żadna to byłaby strata.

Ten film, to dno. Dno dna. To przykład kompletnego braku pomysłu na kino, które stało się tu jedynie kolejnym popisem efektów specjalnych, choreografii i jakiejś wydumanej estetyki tabuna gejowskich stylistów marzących o karierze u Balenciagi czy Gucciego.