Siedziałem od kilku dni w dworcowym barze na dworcu kolejowym w Szerencs. Popijałem białe wino i kawę, taką jaką parzono w PRL-u. Za 200 forintów kupowałem wrzątek i kawa otrzymywała nowe życie. To się kiedyś nazywało „zalewajką”. Niektórzy potrafili te fusy wykorzystać po raz trzeci, ale to już patologia. Barman nauczył się przy mnie trochę polskiego, a ja przy nim trochę węgierskiego. Po trzech dniach normalnie rozmawialiśmy, nawet jeśli się obiektywnie rzecz ujmując, nie rozumieliśmy. Nauczyłem go trochę polskich przekleństw, bo to nasz językowy towar eksportowy. O ile jednak wyraz „kurwa” pięknie akcentował, to z „mać” miał poważny problem. Tylko my Polacy potrafimy tak pięknie i literacko przeklinać. Węgierskie przekleństwa brzmią jak instrukcja obsługi odkurzacza. Beznamiętnie. Oni nie potrafią przeklinać. Choć są obiektywnie bardziej nacjonalistycznie i pod wieloma innymi względami nabuzowani, nie potrafią tego przełożyć na język przekleństw. Dlatego od ponad stu lat się duszą. Bo mają za słaby język.

Nad barem wisiał portret admirała Horthy’ego. Jedynego na świecie marynarza bez dostępu do morza. Był mocno zabrudzony, ale to barmanowi nie przeszkadzało w wykonywaniu rutynowych czynności. Obok wisiała mocno zabrudzona flaga Węgier, po prawej, a po lewej wininiał napis: nem, nem, soha! (nie, nie, nigdy!) wyrażający niezgodę na postanowienia traktatu z Trianon (1920), wskutek którego Wielkie Węgry stały się małe, a 1/3 Węgrów z dnia na dzień stała się mniejszością etniczną. W barze przebywali głównie emeryci nie mający nic do roboty w domu. Tu przepijali swoje emerytury i ja też tak bym kiedyś chciał.

– Jest odpowiedź z Nyíregyházy – krzyczał na cały bar węgierski Franz Kafka. – Jest odpowiedź na pańskie podanie o przyjęcie do związku.

– I co piszą? – zapytałem, bo przecież po węgiersku nie odczytam a Franz Kafka mówił trochę po czesku.

– Piszą, że generalnie to są na tak, ale wciąż za mało pan piszesz o wielkości naszej małej ojczyzny. Że za dużo o Rumunii i Rumunach, a my ich nie lubimy. Znaczy lubimy, ale słabo. Problemem jest ta ich płodność. Ich kobiety rodzą więcej dzieci niż nasze. A nasze rodzą mało bo 1/3 jest zajęta aktorstwem w filmach porno. Wiedział pan, że my Węgrzy, znaczy Węgierki jesteśmy najlepsi w tego typu produkcjach. Tylko Czeszki nam depczą po piętach.

– Moment – powiedziałem odstawiając na bok kolejną szklankę wina – to czego jeszcze oczekują w centrali, żeby mnie formalnie przyjąć do związku? – zapytałem wprost.

– Ja tego nie wiem – powiedział Franz Kafka – ale mogę zadzwonić.

– Dzwoń pan zatem, bo trwonię na tym dworcu swoje życie i nawet nie wiem, czy ma to sens. Czekam na jednoznaczną decyzję.

Węgierski Franz Kafka zadzwonił i przez półgodziny głośno rozmawiał z tymi typami z Nyíregyházy. Sporo gestykulował, unosił brwi i uderzał pięścią w ścianę.

– Centrala uważa, że jesteś pan za mało wielkowęgierski. Węgierski owszem, ale nie wielkowęgierski. Mówią, że jak byłeś ostatnio w Miercurea-Ciuc, tfu… w Csíkszereda, to jedząc zupę nie uszanowałeś mężczyzn, którzy na Ciebie patrzyli. Naszych mężczyzn.

– Skąd wy wiecie, że ja tam byłem? Przecież to trwało może 40-50 minut i stamtąd odjechałem. Formalnie to było w Rumunii, więc przywitałem się po rumuńsku. A nie pożegnałem się po węgiersku, bo zapomniałem jak jest „do widzenia” w tym waszym języku.

– Z centrali w Nyíregyháza piszą, żebyśmy dali ci ograniczone czasowo uczestnictwo w Związku. Pod warunkiem jednak, że dołączysz do świniobicia. Mamy utuczone dorodne mangalice. Tłuste i smaczne. Zobaczysz, jakie to piękne i urocze, zabijać świnie na oczach dzieci i ich matek. Praktykujemy to od stuleci.

– Ale co ma wspólnego pisarstwo z ubojem świń? Litości! – zaoponowałem.

– Może u was nie ma, ale u nas ma. U nas literatura piękna wyrasta z kultury świniobicia. Nasi najwięksi pisarze niejednokrotnie uczestniczyli w festiwalu ubijania świni. Ja wiem, że są światy literackie, które wyrastają na innych tradycjach, na przykład szwedzcy i norwescy literaci uczestniczą w procesie kiszenia śledzia. To obrzydliwe moim zdaniem, ale mówię o tym, aby zaznaczyć naszą specyfikę.

– A nie można być wielkowęgierskim literatem po wegetariańsku, nie uczestnicząc w uboju mangalicy? – zapytałem niemiało?

– Chyba pan żartuje – odpowiedział węgierski Franz Kafka. U nas nawet wegetarianie przynajmniej udają, że zabijają świnię. Wie pan, mangalica to specyficzna świnia. Jak pan jej nie zabijesz, to ona pana zeżre. Serio. Co roku kilku początkujących literatów – wegetarian, ginie w czeluściach wnętrzności tych jakże drapieżnych i agresywnych świń.

– Czyli jak nakarmię tę waszą świnię, to mam szansę na przyjęcie do Związku? – zapytałem Franza.

– I tak, i nie, bo karmić trzeba umieć. Są bowiem tacy, co karmią w taki sposób, żeby świnia się miniaturyzowała. I tacy, którzy jednym gestem sprawiają, że świnia jest gigantyczna. Niekoniecznie ją nawet karmiąc, wykonując jedynie pewne gesty.

– Czyli? – zapytałem.

– Niech pan czeka na dalsze decyzje, na pewno nadejdą. Tu w barze, jak widzę, znalazł pan swój drugi dom. Żal byłoby go porzucać zbyt pochopnie. Jak tylko nadejdzie odpowiedź, dam panu znać.

Viszontlátásra.