Wszystkie nie wiadomo dlaczego nazywał „tygrysami”. Od myszy po kangura. W jego głowie była tylko jedna kategoria zoologiczna… Tygrys.

Przez ponad 10 lat moje świnki morskie były tygrysami. Koszatnice, szczury, myszoskoczki, łasice, psy, koty. To w jego głowie były tygrysy.

Tata, to nie są tygrysy… usiłowałem tłumaczyć.

– Nie ucz ojca dzieci robić – słuchałem… A może to jednak byś zrozumiał, że świat zwierzęcy nie jest zerojedynkowy? – zapytałem.

– Czyli są różne odmiany tygrysów? – zapytał Ojciec.

– Owszem, odpowiedziałem, tylko różnią się skalą gryzienia.

– To one gryzą?

– Czasami, jak są sprowokowane.

No żesz…

‘’’

To był taki fajny dzień. Tato był trzeźwy. Była 11:30. Myślałem, żeby zadzwonić na pogotowie, bo przecież jest coś takiego jak szok antyalkoholowy.

Tate, idziemy na ryby? – zapytałem.

Możemy – powiedział i odpalił Sporta [dla niewtajemniczonych marka papierosów bez filtra z czasów PRL].

Tato miał przepustkę, zatem mógł łowić ryby na Olzie, które były wówczas nieokreślonej narodowości. Najlepiej się łapały przy przerębli. Głównie czechosłowackie. Potem szliśmy na piwo. Znaczy Tato szedł. Były kręgle. Nawet nie pamiętam nazwy tej knajpy. No i byy ślimaki winniczki. Dużo ich było.

Tato po drugim piwie mówił, że we Francji za pięć tych ślimaków mógłbym przeżyć prawie tydzień. To rozpalało moją wyobraźnię.

Pięć ślimaków to zmieściłbym do jednej kieszeni, w drugiej drugie tyle.

Chciałem wówczas do Paryża. Tato jednak uświadomił mnie, że to kraj kapitalistyczny, i że tam latają tylko najważniejsze osoby. A już na pewno nie ja. Ale wiedziałem dużo o Paryżu. Z książek.

W zeszłym roku odwiedziłem Paryż. Na Wieżę Eifella wjechałem za darmo. Miałem przy sobie legitymację osoby niepełnosprawnej. Po francusku było tam napisane. Normalnie 50 euro. Warto być kaleką.

Tato mówił, że we Francji jedzą wszędzie ślimaki. Niekoniecznie chyba. To jakieś plotki były.

Tymczasem bar piwny nad zalewem proserował…

To były czasy. Teraz nie ma czasów…