Siedzę sobie i słucham bluesa. To jest idealny podkład do dekadenckiego myślenia. Dlatego normalnie nie wolno mi słuchać bluesa. Ale teraz jestem sam, więc mam odwagę robić, co chcę.
Przy trzecim utworze Joe Bonamassa zaczynam rozmyślać o upadku cywilizacji.
Nie naszej, gdyż nasza już dawno upadła i raczej się nie podniesie. Nie mówię, że nie było kilku pokoleń zdolnych do podźwignięcia naszej cywilizacji z upadku, ale historia nie dała im szans.
Pokolenie powstania listopadowego, powstania styczniowego, Kolumbów z II wojny światowej. Natomiast te wszystkie Zetki i Milenialsi dają podstawę do sformułowania ogólnego wniosku, że pewną wartość mają wyłącznie te pokolenia, które zostały poddane ciężkiej próbie przez historię. Problem polega jednak na tym, że żadne z nich tej próby nie przetrwało. Na przykład moje pokolenie stanu wojennego dało się wykorzystać, a następnie oszukać i zepchnąć na boczny tor historii.
Dlatego o naszej cywilizacji nie mówię. Ona umarła 300 lat temu i nie ma żadnych szans. Myślałem natomiast o upadku cywilizacji zachodniej.
Otóż przeczytałem ostatnio interesujący wpis na Facebooku pani Liliany Sonik o upadku cywilizacji. Amerykański archeolog, antropolog i historyk Eric H. Cline twierdzi, że cywilizacje upadają, gdy dochodzi do kryzysu wszystkiego naraz, wszędzie i jednocześnie. To bardzo ciekawa opinia, ale ja się z nią całkowicie nie zgadzam.
Cywilizacje umierają, gdy przestają się rozwijać. Wtedy rzeczywiście wszystko i wszyscy jednocześnie je dopadają, ale to nie jest przyczyną, tylko skutkiem.
Gdy przestają się rozwijać, natychmiast zaczynają śmierdzieć trupem i przyciągają wszelkie możliwe nieszczęścia. Bo tak jest zbudowany nasz świat, że w momencie, gdy cywilizacja przestaje być twórcza — zaczyna gnić.
Jeżeli więc nagle spadają na ciebie wojny, pandemie, rewolucje oraz inne szaleństwa — to jest sygnał, że nadszedł kres. Nie dlatego, że masz pecha, ale dlatego, że twój świat utracił siłę życiową.
Twórcze i ekspansywne cywilizacje są w stanie przetrwać każdą katastrofę. One też przyciągają klęski, gdyż ich ambicja i kwestionowanie zastanego porządku świata wszystkich denerwują. Ale im porażki dodają siły. Wystarczy przyjrzeć się historii młodego Rzymu, Chin lub nawet Stanów Zjednoczonych — to nie jest pasmo sukcesów, ale droga przez udrękę. A jednak po każdym upadku podnosiły się silniejsze.
Natomiast wiele lat później ta sama rzymska cywilizacja coraz bardziej słabnie przy każdym drobnym potknięciu. Niektórzy powiedzą, że miała pecha: Hunowie, Germanie, walka o władzę i wojny domowe. Ale to nie był pech — tylko uwiąd.
A przy tym Rzym miał wtedy dużo większe zasoby niż na początku. Bo zatrzymania rozwoju nie zrekompensuje wysokie PKB. To jest właśnie ten ważny paradoks, który wielu ludziom utrudnia zrozumienie sytuacji, że rozwoju cywilizacyjnego nie należy mylić ze wzrostem gospodarczym.
Za rozwój trzeba płacić wysoką cenę. Tą ceną jest czasami katastrofa gospodarcza. Tylko cywilizacje żądne rozwoju są na to gotowe. Natomiast upadłe cywilizacje bronią zgromadzonych zasobów. Zapłacą za to w przyszłości wysoką cenę.
Ale nie to jest najbardziej charakterystyczną oznaką, że zbliża się kres. Znacznie ważniejszym sygnałem jest maskowanie stagnacji poprzez autoagresję wobec osiągnięć własnej cywilizacji.
Gdy wielką cywilizację dopadnie niemoc twórcza, zaczyna pozorować swój rozwój poprzez poprawianie tego, co zostało już stworzone. To każdy potrafi. Tak jakby dobosz orkiestry wojskowej zaczął poprawiać rytmikę IX Symfonii Beethovena. I to jest pokazywane jako postęp.
Gdy jednak to wyciśniesz, nie zostaje z tego nic. Zmiana polega wyłącznie na niszczeniu własnej religii, tradycji, tożsamości i moralności oraz na burzeniu pomników własnych bohaterów i szarganiu największych świętości.
Do tego wszystkiego idealnie pasował mi ten blues w tle.
Zostaw komentarz