Gdy byłem w trzeciej klasie szkoły podstawowej, zanim mnie w bodaj piątej z niej wyrzucili i musiałem kontynuować naukę na wsi, bo w mieście już mnie nikt nie chciał, na długiej przerwie chodziliśmy do sklepu spożywczego na rogu ul. Górnej i Poniatowskiego. To był dość obskurny sklepik, w którym zalatywało stęchlizną. Tak jakby ktoś umarł na zapleczu, ale od tygodni nie było czasu na pogrzeb. Sprzedawała w nim taka kobieta z wąsem, która bardziej pasowała do cyrku niż do sklepu spożywczego. Baliśmy się jej jednak, bo podobno była w komitywie ze starym Cyganem z Parku Kasztanowego, położonego nieopodal szkoły. Ten stary Cygan trzeźwiał kilka razy w miesiącu i wtedy bywał nieznośny. Wychodził ze swojego wozu na kółkach i wrzeszczał na dzieci idące do szkoły. Mój kolega dostał nawet od niego kilka batów. Stary Cygan miał taką gumową rurkę, którą bił. Jak był trzeźwy, bo jak pił, to był spokój. W sklepie na roku kupowaliśmy oranżadę w takich małych foliowych torebkach. I piliśmy w parku, jak stary Cygan spał, a on głównie spał. Czasami kupowaliśmy oranżadę w proszku i zjadaliśmy na sucho. Strzelało w gębie aż miło! To były te czasy, gdy czułem zapach kasztanów i liści, gdy wracając do domu szwendałem się po parku przy ul. Stalmacha. Bez celu, dla zabicia czasu.