Ponieważ przy okazji wyborczych rozstrzygnięć uznałem, że można sobie już pozwolić na, mam nadzieję – ożywczą, krytykę prawicy i od pewnego czasu piszę o jej fundamentalnych mankamentach (czyli o kwestiach ideowych a nie o sprawach politycznej doraźności) to teraz będzie o kolejnym micie konfesyjnej prawicy.
Wspominałem już, że prawica przeżyła własną „nieliberalną” wersję „końca historii”. Teraz opowiem o tym, że prawica ma też swoją wersję „Europy od Lizbony po Ural”.
Jak wiemy, lewica liberalna chętnie zarzuca Jarosławowi Kaczyńskiemu „prorosyjskość”. Wskazuje, że PiS utrzymuje kontakty z Marine Le Pen, Wiktorem Orbanem, czy Matteo Salvinim, którzy są znani ze swoich prorosyjskich a nawet proputinowskich wypowiedzi. Lewica liberalna nie może też PiS-owi zapomnieć, że z entuzjazmem przyjął wybór Donalda Trumpa na urząd Prezydenta USA, podczas gdy wypowiedzi Trumpa w związku z wojną na Ukrainie raczej nie budzą w Polsce entuzjazmu właśnie ze względu na jego „transakcyjną” postawę i chęć „dogadania się” z Putinem.
Oczywiście – akurat Jarosław Kaczyński i cały PiS są jak najdalsi od prorosyjskości, są wręcz antyrorosyjscy a ich kontakty z liderami prawicy na Zachodzie były ograniczone i dotyczyły wyłącznie spraw organizacji Unii Europejskiej oraz spraw wojskowych. Dlatego te oskarżenia ze strony lewicy liberalnej są dęte i ewidentnie nieprawdziwe, co nie zmienia, że COŚ JEST NA RZECZY.
Co zatem jest na rzeczy?
Na rzeczy jest właśnie to, że Jarosław Kaczyński oraz Zjednoczona Prawica są tu raczej osobliwym wyjątkiem, odstępstwem od reguły!
Fakt bowiem jest taki, że tak samo, jak lewica liberalna żyje mitem „zjednoczonej liberalnej Europy od Lizbony po Ural” (a może nawet po Władywostok), tak prawica konfesyjna ma obsesję na temat „Wielkiej Europy Chrześcijańskiej”, której prawosławna Rosja jest kluczową częścią: KATECHONEM WSCHODU.
To właśnie ten mit jednoczy konfesyjną prawicę na całym świecie i to on stoi za tym, że chociaż prawica w Polsce czuje się taka ważna i taka wyjątkowa, to – dziwnym trafem – to na orbanowskie Węgry raz po raz udają się pielgrzymki prawicowych celebrytów, aktywistów i intelektualistów celem wymiany poglądów.
To właśnie Budapeszt gościł w tym roku wielką konferencję amerykańskich konserwatystów (CPAC – Conservative Political Action Conference), to Węgry swoim drugim domem ogłosił Rod Dreher – redaktor naczelny wpływowego pisma „The American Conservative”, to Orbana za wzór udanego przywództwa wskazuje Donald Trump i oto z Orbanem przyjacielskie wywiady prowadzi czołowy celebryta amerykańskiej prawicy populistycznej Tucker Carlson. Do Polski jakoś te pielgrzymki nie jeżdżą!
Mając na uwadze te okoliczności z wielkim sceptycyzmem podchodzę do entuzjazmu niektórych środowisk prawicowych w Polsce, które wierzą, że jakiś europejsko-amerykański ruch „pan-prawicowy” postawi się ostro siłom lewicy liberalnej.
Mówiąc krótko – nasza pozycja geostrategiczna jest tu skrajne niekorzystna. Perspektywa „Wielkiej Chrześcijańskiej Europy” jest tak samo uniwersalistyczna, jak perspektywa „Wielkiej Europy Liberalnej” i w obu wariantach dla Polski nie zostaje za wiele przestrzeni. W wariancie liberalnym Polska staje się zależna od Niemiec, w wariancie chrześcijańskim – od Rosji. Czemu? Ano temu, gdyż dla tego nurtu prawicy, który opowiada się za wizją „Wielkiej Chrześcijańskiej Europy” nasza część kontynentu jest „w sposób naturalny” integralną częścią wpływów rosyjskich – tak samo, jak np. Meksyk jest tam „naturalną częścią wpływów amerykańskich”. Oznacza to, że aczkolwiek i Meksyk i Polska mogą być nominalnie suwerennymi państwami, to jednak tylko w takim zakresie, w jakim nie uderza to w interesy wielkiego sąsiada. Szczegółów nie oszczędził nam niedawno wiceprezydent Rosji Dmitryj Miedwiediew, który zauważył, że parametry te Polska wypełniała nie kiedy indziej, ale właśnie o okresie PRL-u.
Jednak w szerokich wizjach zachodniej prawicy konfesyjnej polskie partykularyzmy schodzą na plan dalszy. Tam liczą się dwie sprawy:
– to, że Rosja jest krajem chrześcijańskim i jako taki odgradza Zachód od cywilizacji azjatyckich,
– to, że Putin jest antyglobalistą, przez co jest widziany jako „katechon”, czyli ten, który powstrzymuje liberalno-lewicowego Antchrysta.
Utrata niepodległości przez Ukrainę, czy też podporządkowanie sobie krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, przez Rosję są ceną, jaką zachodnia „pan-prawica” jest gotowa zapłacić za współpracę z Kremlem. Płynące z tego korzyści materialne (dostęp do tanich rosyjskich surowców i rosyjskiego rynku) są to ważnymi, lecz jedynie wtórnymi „atrakcjami”. Zachodnia prawica konfesyjna jest bowiem wspólnotą wiary, dla której sprawy ziemskie, choć ważne, są drugorzędne. Jeśli chodzi o Polskę i Polaków pozostawia nam na pocieszenie słowa opata Arnaud: „Bóg rozpozna swoich!” i starannie nas omija układając się z Rosją.
Tak to jest. Jako Polacy mamy na tym świecie bardzo ciasne i bardzo niewygodne miejsce żyjąc centralnie w strefie geopolitycznego zgniotu. Musimy szukać swojego miejsca dystansując się od niekorzystnych dla nas nurtów z prawa i z lewa starając się budować własną siłę w oparciu o doraźne koalicje i wykorzystując nadarzające się okazje. Otwarte wpisanie się jeden czy drugi układ globalny oznacza dla nas koniec projektu własnej państwowości lub jego zawężenie do formy kadłubowej.
Zostaw komentarz