Woźny lubił o poranku siadać na ławce przed uniwersytetem. Wypalał wtedy trzy papierosy bez filtra, wypijał jarzębiaka 0,2 litry i dopiero wtedy wchodził na „przelotową”. Mentalnie był bowiem lotnikiem. Uwielbiał wówczas wyłapywać studentów pierwszego roku, chwytać ich za szyję i krzyczeć: „do licencjatu trzeba dorosnąć!” Studenci bali się go, miał opinię wariata. Jak nie musieli, to nie przechodzili koło niego.
No i Woźny nagle umarł. Jak siedział, to się wyhuśtał. Już studenci nie musieli się go obawiać.
– Czterdzieści lat był woźnym, no prawie czterdzieści lat bez sześciu. Ale dobry był, za papierosy i małpki zawsze płacił kartą. Nawet nie wiem czyją. Jak płatność przechodziła to dziękuję i następny klient. Ale Woźnego to żal. – powiedziała ekspedientka z Żabki.
– To życie to nie życie. Jednego dnia żyjesz, drugiego już nie – powiedziała druga ekspedientka sprzedając wódkę. – Jak chce się dłużej żyć to trzeba rozmawiać z Dyrektorem Instytutu Nauk o Życiu. On ma wpływy. Do wewnątrz i na zewnątrz. Tylko trzeba zapłacić. Ale nie dużo.
– Picie skraca życie, ale czyni je bardziej urozmaiconym. Lepiej żyć krócej, niezdrowiej ale intensywniej. Intensywność – to jest to czego nam trzeba. Co nam po zdrowiu idioty? Tyle, że gotów się jeszcze rozmnożyć. – powiedział anonimowy poeta dnia dzisiejszego.
Woźny jednak naprawdę umarł. Zgasł jak przeterminowana świeca. Śmierć Woźnego stała się wydarzeniem. Na polecenie Kierownika Działu na stołach wypożyczonych z Instytutu Archeologii jego ciało zostało wystawione zaraz przy wejściu na widok publiczny.
– Szkoda gościa, mógł jeszcze pożyć – powiedział Trener Kundli.
– Mógł pożyć, odpowiedział jego rozmówca, jakby od niechcenia.

Zostaw komentarz