Jak grom z jasnego nieba na lokalną społeczność chałupczańską runęła niepotwierdzona informacja, że stacja kolejowa w ich miejscowości jest do likwidacji. Bo były skargi zza granicy, ale i z resortu komunikacji, że niefajnie jest, jak na przyjazd każdego pociągu zza granicy lub jadącego do np. Wiednia, miejscowi wychodzą w na peron. Przodują w tym emerytowani górnicy w strojach galowych, słusznie emerytowani pracownicy kolei, miejscowi pasterze owiec i kóz oraz sprzedawcy piwa w puszkach oraz orzeszków ziemnych.

Jak tylko zatrzyma się na stacji pociąg międzynarodowy, zostaje oblepiony na kilkanaście minut, dopokąd kierownik pociągu nie wypali dwóch papierosów bez filtra, przez miejscowych. Pasażerowie, zwłaszcza ci zagraniczny boją się ich i oferują kilka euro wynagrodzenia za odejście od nich do czasu, jak pociąg ruszy. Młodociany pasterz kóz i owiec potrafi przemierzyć ze swym stadem cały skład tam i z powrotem, pozostawiając po sobie niepowtarzalny zapach spoconych bydląt. Mówią, że nigdy nie opuścił składu nie mając 100 euro w kieszeni. Taki już miał zawód.

Decyzja o likwidacji dworca była nieodwołalna. Za dużo było skarg na miejscowych, żeby dyrekcja mogła nie podjąć takiej decyzji. Od teraz to Wodzisław Śląski miał być stacją graniczną. Chałupki zostały zdegradowane.

Zawiązał się w związku z tym ruch oporu.