Migracja oznacza przetrwanie
Kiedy otrzymałem książkę Doroty Pawlak pod tym samym tytułem odżyły w mojej pamięci dwa wydarzenia. Moja nielegalna praca w Szwecji i rozmowa z afgańskim uchodźcą w New Delhi.
Okolice Malmoe
Było to ponad trzydzieści lat temu gdy przeciętna płaca w Polsce wynosiła około dwadzieścia dolarów po czarnorynkowym kursie.
Na wizę turystyczną otrzymaną na podstawie kupionego, fikcyjnego zaproszenia pojechałem z kolegą do Szwecji, by zdobyć trochę dewiz.
Udało nam się znaleźć pracę u farmera, pod Malmoe. Pracowaliśmy nielegalnie, na polu. Do dziś nie zapomnę tego strachu kiedy widzieliśmy policyjny radiowóz.
Kładliśmy się wtedy pomiędzy kalafiorami, które zbieraliśmy. Przylegaliśmy całym ciałem do ziemi by nas nie zauważyli i nie deportowali. A deportacje nielegalnych pracowników zdarzały się wtedy często.
Pamiętam ten strach i czuję zimny pot oblewający ciało. Ale my przynajmniej mieliśmy legalne wizy. Turystyczne co prawda, ale prawdziwe.
New Delhi
Młodego Afgańczyka z Kabulu spotkałem w New Delhi dziesięć lat temu. Na tarasie budynku, w którym kupowaliśmy bilety kolejowe.
Opowiadał mi o życiu w Afganistanie. O talibach, korupcji, głodzie, złym traktowaniu kobiet.
Ale przede wszystkim mówił o beznadziei życia imigranta. O tym jak, jako inżynierowi, trudno znaleźć pracę w zawodzie pomimo, że znał perfekcyjnie angielski i trochę hindi.
O poniewierce z miejsca na miejsce w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy, o braku nadziei i traktowaniu go gorzej jak niedotykalnego.
Takich jak on były tysiące. On i tak był w o tyle dobrej sytuacji, że nie miał rodziny i nie musiał bać się jak ją wykarmić i dać dach nad głową.
Książka
Książka Doroty Pawlak jest reporterskim zapisem wydarzeń związanych z kryzysem humanitarnym na naszej wschodniej granicy trzy lata temu.
Odwiedzając pogranicze polsko-białoruskie rozmawiała zarówno z wolontariuszami noszącymi pomoc nielegalnym imigrantom, lekarzami i mieszkańcami Podlasia.
Obraz, który kreśli jest ponury. Z jednej strony ogrom nieszczęść przez jakie przechodzili nielegalni imigranci z m.in z Afganistanu i Afryki potraktowani przez Łukaszenkę jako swoista „broń” w hybrydowej wojnie z Polską oraz pomoc i współczucie, którego doświadczyli od Polaków.
Z drugiej, usprawiedliwione po części, działania polskich władz i służb reagujących na falę migracyjną pushbackami i stawianiem muru.
Zaletą tej książki jest to przede wszystkim, że autorka oddała głos ludziom, których spotkała.
To oni opowiadając własne przeżycia są „świadkami koronnymi” tytułowej maligny, czyli „pomieszania, rodzaju splątania” oraz kryzysu wartości we współczesnym świecie.
Ich losy, jak w soczewce, skupiają wszystkie jego problemy, wojny w Afryce i głód, które zmuszają dziesiątki tysięcy ludzi do ucieczki i szukania bezpiecznego schronienia m.in. w Unii Europejskiej.
A ta już ich nie chce. Podobnie jak USA nielegalnych migrantów z Meksyku i innych państw latynoamerykańskich.
Jedyną odpowiedzią na ten wielki kryzys humanitarny, który się jeszcze nie kończy, jest budowanie przez te państw murów na swych granicach.
Ale mury, choć ograniczają nielegalną migrację, niczego nie rozwiązują tylko sprawiają, że świat jeszcze mocniej podzielił się na uprzywilejowanych z racji miejsca urodzenia i na wydziedziczonych, ograbionych z godności i własnej tożsamości.
Ps. W książce jest też mój „ślad”, ale by go znaleźć, trzeba ją przeczytać.
Zdjęcie ilustracyjne, afgańskie kobiety pod rządami talibów.
Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz