W dolinie Rabskiego potoku, obok na łące prowadzącej do wsi Rabe, stoi metalowy krzyż. Nie prowadzi do niego żadna ścieżka. Nie ma tablicy, nie ma drogowskazu. Tylko ci, którzy wiedzą, potrafią tu trafić.
To miejsce pamięta wigilijną noc roku 1936. Tamtego wieczoru spłonął dom sołtysa wsi, Michała Wołkowyjskiego, i jego żony Heleny. Ogień strawił całe gospodarstwo wraz z inwentarzem. W płomieniach zginęły ich trzy córki: Anna (ur. 1922), Maria (ur. 1925) i Tekla (ur. 1927), a wraz z nimi dwunastoletni sierota Basili Kałym oraz wdowa Maria Łapiszka.
Ocalała tylko jedna osoba — nauczycielka miejscowej szkoły, mieszczącej się we dworze. Na święta wyjechała do rodziny. Ten przypadek ocalił jej życie.
Tamtej zimy w okolicach Baligrodu miał grasować piroman, Cygan z Jabłonek. Mówiono, że to on mógł podpalić gospodarstwo Wołkowyjskich, choć nigdy tego nie udowodniono. Ogień pojawił się nagle, w samym środku nocy. Zanim dotarła pomoc było za późno…
Po tragedii rodzina Wołkowyjskich nie odzyskała już dawnego życia. Po wojnie zostali wysiedleni na Ukranie.
Według miejscowych opowieści jeden z członków rodziny — prawdopodobnie Jan Wołkowyjski — wrócił po latach do Polski.
Z gospodarstwa pozostały tylko ruiny fundamentów — kamienie wrośnięte w ziemię, ledwie widoczne wśród traw.
Zimą widać je lepiej: układają się w prostokąt, jak cień po domu, którego już nie ma. Latem miejsce znika w zieleni. Przyroda dba, by nikt nie trafił tu przypadkiem.
Kto chce odnaleźć to miejsce, niech stanie na drugim moście przed wsią Rabe po prawej stronie i dokładnie przyjrzy się dolinie. Krzyż znajduje się kilkadziesiąt metrów od drogi.
Zaraz za mostem trzeba zejść w dół, przekroczyć potok, potem jeszcze jeden, mniejszy strumień, i skręcić w prawo, w stronę łąki. Tam pozostały resztki kamiennych fundamentów i samotny krzyż — niemy świadek wigilijnej nocy sprzed niemal dziewięćdziesięciu lat.
Niektórzy drwale mówią, że zimą, gdy mróz ścina wodę w potokach, czasem coś słychać.
Nie szum wiatru, nie głos zwierząt — tylko cichy śmiech, który przechodzi w płacz, a potem w zawodzenie, niosące się wzdłuż potoku.
Nie wiadomo, skąd się bierze ten dźwięk. Może to echo , a może tylko wiatr w pustych koronach drzew.
Ale każdy, kto tu był nocą, mówi jedno: to miejsce ma w sobie coś, czego nie da się zapomnieć. Jakby sama ziemia wciąż pamiętała tamten ogień. Jakby coś w ciemności wciąż czuwało…

Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz