Przez dobre trzydzieści lat byłem apologetą tego co się wydarzyło 4 czerwca 1989 roku . Gdzie mogłem, to dawałem temu wyraz, wspominając z sentymentem tamten czas przeważnie w lokalnej prasie, nawet w opolskim dodatku „Wyborczej”. W kółko przytaczałem okoliczności i zdarzenia, które ten dzień poprzedzały.

Wspominałem także nieżyjące już osoby – zaangażowane w działania, które niezależnie od współczesnych często krytycznych ocen, były dla nas bezpośrednio zaangażowanych – prawdziwym zrywem wolności. Wtedy to, z Antkiem rozniecaliśmy ów ogień – wśród poczciwców, zamieszkujących Rejon Głubczycki. Myślę, że ci, co się wtedy zachowywali biernie, albo ich w ogóle wtedy na świecie nie było, albo wręcz, dyktowali wtedy warunki kontraktu, który otworzył drzwi do Wolności – teraz kręcą nosem, utyskują, próbują tę datę marginalizować. Jednak wtedy 4 czerwca w Polsce wydarzyło się coś, co tylko można porównać z 3 maja 1791.

W 1989 roku byłem szczęśliwym posiadaczem walizkowej maszyny do pisania marki „Mercedes Prima”. Pojawienie z nią mnie i Antoniego Junoszy Szaniawskiego na zebraniu założycielskim komitetu zawsze wywoływało wrażenie pełnego, naszego profesjonalizmu. Księża z okolicznych parafii wspierali nas nie tylko swoim konsekrowanym autorytetem, ale również znacząco- materialnie, przekazując nam pieniądze na paliwo do samochodów używanych w kampanii wyborczej, wypożyczając sprzęt nagłaśniający, takie używane przy procesjach tuby na baterie.

Mieliśmy olbrzymie problemy z propagowaniem kandydatów KO”S”. Po naszych akcjach rozlepiania plakatów jeździła zaraz za nami ekipa złożona z funkcjonariuszy MO, WOP, ORMO aktywistów PZRP, oraz tajnych współpracowników SB i niszczyła zaciekle naszą pracę. Dowodził nimi ówczesny naczelnik, wcześniejszy I sekretarz PZPR w gminie.. Dodatkowo – zaciekłym zwalczaniem naszych kandydatów zajmowali się kierownicy i brygadziści z gospodarstw kombinatu Głubczyce, którego dyrektor osławiony „czerwony książę” Zbigniew Michałek – startował w wyborach do Senatu.

Rzeczony naczelnik, nieustannie groził nam milicją, zarzucając nam, że nasze materiały wyborcze są za blisko lokali komisji itp.

W naszym okręgu wybieraliśmy na posła z listy Komitetu Wyborczego NSZZ Solidarność prof. Stefana Kozłowskiego, a na senatora Emunda Osmańczyka.

Pamiętam, że wtedy jakoś też obrodziły zające, które w miłosnym amoku, co raz wpadały mi pod koła poczciwej Syreny Bosto, wozu operacyjnego KO „S”.

Objeżdżałem zatem okolice, sycąc zbliżającą się wolnością, zajadając się pasztetem zajęczym. Ech, kto tego nie doświadczył, ten teraz gardłuje o zdradzie okrągłostołowej.

Komunistycznej manipulacji, a ja nacieszyć się nie mogę wspomnieniem, kiedy
uzbrojony w księżowską tubę nagłaśniającą, w tamtą niezwykłą niedzielę jeździłem do późnego wieczora po całej okolicy – wzywając do uczestniczenia w głosowaniu. Następnie już, jako mąż zaufania prof. Stefana Kozłowskiego, przez całą noc i do samego południa dnia następnego – pilnowałem liczenia głosów. Dzięki patrzeniu na ręce, próbującym sfałszować wyniki wyborów członkom komisji – desygnowanych przez partię – lista krajowa w tym lokalu przegrała. Przed zamkniętymi na głucho drzwiami lokalu wyborczego, w którym do poniedziałku do samego południa liczono i liczono – stał przedstawiciel Wojewódzkiej Komisji Wyborczej i szalenie się dziwił, że tak to u nas długo trwa. A Antek — mój towarzysz od rozpalania owej wolności — siedział wtedy we Włoszech. Nie na emigracji politycznej, nie na tajnej misji, tylko na zaproszenie swojego kolegi z liceum im. Batorego w Warszawie i w ambasadzie w Rzymie, głosował na Łapickiego.