Wbrew wielu współczesnym wyobrażeniom odróżnić Polaka od antypolaka, na najbardziej podstawowym poziomie, jest bardzo łatwo. O tym, do której kategorii się zaliczamy nie decyduje bowiem stosunek do Tuska czy Kaczyńskiego, do UE czy Niemiec, do USA czy Ukrainy, do kościoła czy związków partnerskich, do Mentzena czy Zandberga, Brauna czy Millera, do socjalizmu czy liberalizmu, do polityki klimatycznej czy elektrowni węglowych. Polacy mogą mieć różnorodne poglądy na to jak ma wyglądać ich państwo i mogą się o te poglądy oraz kształt owego państwa bardzo ostro ścierać. Istnieją jednak pewne niezaprzeczalne, czerwone linie, co do których możemy mieć pewność, że dany pogląd nie jest jednym z głosów w dyskusji a żywą manifestacją antypolonizmu. Tym zagadnieniem jest kwestia istnienia narodu oraz państwa polskiego i ich fizycznego bezpieczeństwa.
„Za taką Polskę jaka jest dzisiaj to bym nie walczył” – takie radykalnie antypolskie hasło niesie się czasami w różnych internetowych wpisach i jest przez niektórych z ochotą podłapywane. Czytałem takie wpisy za rządów Kaczyńskiego, pisane przez najbardziej sfanatyzowanych platformersów, czytam nieraz takie wpisy obecnie, za rządów Tuska, wsród najbardziej sfanatyzowanych wyborców prawicy, czytam takie wpisy ludzi niezadowolonych z przynależności do UE lub z jakiegokolwiek innego powodu.
Podchwytują owe treści internetowe trolle sterowane z zagranicy, bo przecież w interesie wrogich ośrodków jest spinowanie takiej skrajnie rozkładowej narracji. Podchwytują je zwykli tchórze, których nigdy nie brak, choć nie w każdej epoce ich głos pojawia się jako równoważna opinia. Podchwytują je ludzie na tyle ideologicznie zafiksowani, że owa fiksacja prowadzi ich do zanegowania podstawowego instynktu moralnego – walki w obronie własnej wspólnoty. Wreszcie, podchwytują je ludzie, którzy pójdą w każdą, najbardziej nawet szkodliwą czy antypolską kontrowersję, byleby tylko podtrzymać ruch w internetowym biznesie. Tyle o motywacjach, a teraz o sprawach podstawowych.
Mój naród i moje państwo, czyli najszersza, najwyżej zorganizowana, konieczna do funkcjonowania we współczesnym świecie, forma wspólnoty, nie jest przedmiotem mojego widzimisię. Oczywiście, tak jak w przypadku rodziny, można się od niej wyprowadzić, porzucić, wyjechać na drugi kraniec świata, zmienić obywatelstwo, zerwać kontakt. Bywają takie sytuacje, ale nie o emigrantach jest ta dyskusja. Mowa o nas, mieszkańcach i obywatelach Rzeczpospolitej Polskiej.
Rodziny się nie wybiera, państwa i narodu rdzeniowego dla swojej tożsamości – też. Moja babcia może być wredna, dziadek męczący, siostra kłótliwa, matka opryskliwa a ojciec leniwy ale kiedy dom rodzinny jest atakowany – bronię go. Nie dlatego, że to są najlepsi ludzie na świecie, nie dlatego, że oferują mi nie wiadomo jaki poziom życia czy możliwości. Z powodu zupełnie innego ale fundamentalnego – bo są moi. Innych tak bliskich „moich” nie mam. Kogoś, kto w momencie ataku na swój dom porzuca bliskich i ucieka, bo mu się nie do końca podobają, tradycja naszej cywilizacji określa jednoznacznie – degeneratami najgorszego sortu.
Podobnego rodzaju degeneratami są ci, którzy szerzą doktrynę ucieczki czy braku walki o wspólny dom jakim jest Polska. Z rodziną jest analogicznie jak z narodem i z domem, który naród zamieszkuje, czyli państwem. Jestem gotów do walki nie dlatego, że stwarza mi najświetniejsze perspektywy, ale dlatego, że jest to mój naród i moje państwo. Mogę mieć inny, niż osoby nim rządzące albo większość mieszkańców, pogląd na to jak ten dom powinien być urządzony i jakie zasady powinny w nim panować. Co nie zmienia faktu, że ciąży na mnie, jak na wszystkich pozostałych, obowiązek dbania o niego i obrony tego domu.
Można mieć najróżniejsze przekonania. Można chcieć Polski narodowej albo konserwatywnej, liberalnej albo lewicowej, socjalistycznej albo katolickiej. Te podziały są bardzo istotne, ale mając różne poglądy i ostro o ich realizację walcząc nie wolno przekraczać jednej zasady – wszystkie różnice ideologiczne, polityczne, majątkowe, religijne są wtórne wobec realnego zagrożenia zewnętrznego. Kto odmawia wsparcia albo sabotuje walkę wspólnoty z zewnętrznym wrogiem ten automatycznie się z niej wyłącza w najgorszy, możliwy sposób. Jest zdrajcą, antypolakiem, po prostu ludzkim śmieciem.
Oczywiście, kiedy mówimy o „walce”, mamy na myśli cały wysiłek zbrojny i organizacyjny państwa w obliczu zagrożenia, nie tylko na pierwszej linii frontu. Ktoś może napisać „mam 75 lat to w razie czego i tak nie wezmą mnie do wojska, więc nie będę walczył/walczyła”. Takie sprawy są oczywiste, nie chodzi więc o to, by z automatu każdy jeden Polak widział siebie w mundurze na I linii frontu, a o postawę, w której jesteśmy skłonni do ponoszenia osobistych, nawet najdalej idących ofiar, w imię bezpieczeństwa wspólnot państwa i narodu.
Tyle o fundamentach, teraz przejdźmy do jeszcze innego aspektu hasła „nie będę walczył za taką Polskę!” Do aspektu głębokiej paranoi wariackich baniek internetowych, w jakiej muszą tkwić autorzy takich wpisów. Prawda jest bowiem taka, że przez 1000 lat istnienia naszego państwa statystyczny Polak nigdy nie żył tak długo, tak bogato, tak zdrowo, tak bezpiecznie i mając tak olbrzymi zakres osobistej wolności jak obecne pokolenia.
Żeby nie rozwodzić się nad dolą i niedolą wojów Mieszka I czy chłopów pańszczyźnianych za Jagiellonów, którzy przez setki lat stanowili koło 80-90% naszego społeczeństwa, porównajmy się tylko z pokoleniem naszych rodziców, dziadków i pradziadków. Tych, którzy wyrośli w II Rzeczpospolitej i którzy tak masowo stanęli do walki o nią w 1939 roku oraz latach kolejnych. Co oni „dostali” od Polski, że tak bohatersko zapisali się na kartach naszej historii?
POZIOM ZAMOŻNOŚCI
Dla porównania przyjmijmy rok 1938, czyli ostatni pełny rok pokoju. Według szacunków Maddison Project polskie PKB na mieszkańca, po uwzględnieniu różnic cen i siły nabywczej, stanowiło wówczas około 43,7% poziomu Niemiec, 34,8% poziomu Wielkiej Brytanii oraz 48,9% poziomu Francji. Jeśli poziom Polski oznaczymy jako 100, to Niemcy osiągały około 229, Wielka Brytania 287, a Francja 205. Polska była więc gospodarczo ponad dwukrotnie uboższa od Francji i Niemiec oraz niemal trzykrotnie uboższa od Wielkiej Brytanii.
W 2025 r. dystans był znacznie mniejszy. Polskie PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej wynosiło około 75,4% poziomu Niemiec, 85,1% poziomu Wielkiej Brytanii i 84,2% poziomu Francji. Przy założeniu, że Polska równa się 100, Niemcy osiągały około 133, Wielka Brytania 117, a Francja 119. Oznacza to, że między 1938 a 2025 r. Polska zmniejszyła dystans wobec Niemiec o około 32 punkty procentowe, wobec Wielkiej Brytanii o 50 punktów, a wobec Francji o 35 punktów. Co więcej, dystans pomiędzy poziomem zamożności Polaków a najbogatszych narodów zachodniej Europy od kilku dekad systematycznie się zmniejsza. Pomimo wszelkich problemów polityczych, gospodarczych czy np. z ochroną zdrowia, w szybkim tempie doganiamy pod względem indywidualnej zamożności zachodnią część kontynentu na skalę niespotykaną wcześniej w polskiej historii.
WARUNKI ŻYCIA I ZDROWIE
Przeciętny mieszkaniec Polski w końcu lat trzydziestych żył znacznie krócej i był dużo bardziej narażony na choroby zakaźne, niedożywienie, brak lekarza oraz śmierć w dzieciństwie. Według najbliższych dostępnych obliczeń z lat 1931–1932 oczekiwana długość życia wynosiła około 48,2 roku dla mężczyzn i 51,4 dla kobiet. W latach 1936–1938 umierało przeciętnie 139 niemowląt na 1000 urodzeń żywych, czyli niemal co siódme. W 1938 r. przypadało zaledwie 3,7 lekarza i 21,7 łóżka szpitalnego na 10 tys. mieszkańców. Dostęp do leczenia silnie zależał od dochodu i miejsca zamieszkania; wieś oraz wschodnie województwa znajdowały się w szczególnie niekorzystnej sytuacji.
W 2025 r. oczekiwana długość życia wynosiła około 75,4 roku dla mężczyzn i 82,5 dla kobiet, a umieralność niemowląt około 3,4 na 1000 urodzeń. Oznacza to około czterdziestokrotne zmniejszenie ryzyka śmierci dziecka w pierwszym roku życia. Oczekiwane życie w zdrowiu jest krótsze — według danych za 2024 r. około 61,6 roku dla mężczyzn i 65,3 dla kobiet — ale współczesny Polak znacznie rzadziej umiera z powodu infekcji, powikłań porodowych lub chorób, które obecnie można leczyć antybiotykami, operacyjnie albo przewlekle. System ochrony zdrowia obejmuje prawie całą ludność, a liczba praktykujących lekarzy to około 3,9 na 1 tys. mieszkańców, czyli ponad dziesięciokrotnie więcej niż przed wojną.
MIESZKANIE I WARUNKI ŻYCIA RODZINY
Przedwojenna rodzina była przeciętnie liczniejsza, ale mieszkała znacznie ciaśniej. Według spisu z 1931 r. na jedno mieszkanie przypadało około 4,9 osoby, a na izbę 2,7 osoby. Szokująca dla współczesnego Polaka liczba – prawie 47% mieszkań było jednoizbowych. Kuchnia często służyła jednocześnie jako miejsce przygotowywania posiłków, spania i pracy. ogromne przeludnienie.
W 2025 r. na mieszkanie przypadało około 2,31 osoby, a przeciętnie na mieszkańca około 32,8 m². Mieszkania mają instalacje sanitarne, ogrzewanie, bieżącą wodę i urządzenia domowe, które radykalnie rzmniejszyły ilość pracy fizycznej wykonywanej w gospodarstwie.
WYKSZTAŁCENIE, PRACA, BEZROBOCIE I USŁUGI PUBLICZNE
W 1931 r. 23,1% ludności w wieku co najmniej 10 lat nie umiało czytać ani pisać. Dla dzieci wiejskich ukończenie pełnej szkoły powszechnej nie było oczywiste (czyli edukacja do 14. roku życia), a szkoła średnia i studia pozostawały dostępne dla niewielkiej części społeczeństwa. Obecnie analfabetyzm podstawowy jest marginalny, edukacja średnia stała się powszechna, a około 46% Polaków w wieku 25–34 lat posiada wykształcenie wyższe. W Polsce międzywojennej na studia szło 1.2%-2% Polaków.
Ustawowy tydzień pracy w 1938 r. mógł wynosić 48 godzin, a rzeczywisty tydzień robotnika przemysłowego około 44 godzin. W rolnictwie czas pracy był sezonowo znacznie dłuższy, a praca kobiet i dzieci w gospodarstwie często nie była ujmowana w statystykach.
W 2025 r. norma wynosiła 40 godzin, a przeciętny rzeczywisty tydzień pracy około 38,7 godziny. Bezrobocia między epokami nie można porównać jednym identycznym wskaźnikiem. Pod koniec 1938 r. szacowano około 675 tys. bezrobotnych poza rolnictwem, z czego zarejestrowanych było 456 tys., natomiast na wsi występowało ogromne ukryte bezrobocie i zbędność części siły roboczej, liczone w milionach. Powszechna bieda a nawet okresowy głód bywały rzeczywistością niemałej części polskiej wsi w latach 30. Brak pracy oznaczał zwykle nie tylko spadek dochodu, lecz również ryzyko nędzy, ponieważ system zabezpieczenia społecznego był ograniczony.
W 2025 r. bezrobocie według metodologii Eurostatu wynosiło średnio około 3,1%, a rejestrowane pod koniec roku 5,7%. Istnieją zasiłki, pomoc społeczna i ubezpieczenia, które przed wojną funkcjonowały na minimalną skalę.
Przepaść dotyczy także usług publicznych. W 1931 r. tylko około 15,9% budynków miejskich miało wodociąg, 12,9% kanalizację, a 37,9% elektryczność; na wsi sytuacja była jeszcze gorsza. Telefon, sprawna droga, regularny transport, biblioteka czy lekarz były dla wielu rodzin bardzo odległe.
W 2025 r. podstawowa infrastruktura jest powszechna, administracja i bankowość działają również cyfrowo, a dostęp do internetu posiadało 96,2% gospodarstw domowych.
WOLNOŚĆ POLITYCZNA
Okres 1926-1939 nie był okresem demokracji parlamentarnej w dzisiejszym rozumieniu. Zamach majowy z 1926 r. zapoczątkował stopniowe podporządkowanie parlamentu, administracji, policji i prawa wyborczego obozowi sanacyjnemu. Nie nastąpiło to jednorazowo: początkowo nadal działały partie i opozycyjny Sejm, ale możliwość legalnego odsunięcia sanacji od władzy była coraz bardziej ograniczana.
Np. podczas wyborów brzeskich w 1930 r. Przed głosowaniem rozwiązano parlament, a czołowych przywódców Centrolewu — m.in. Wincentego Witosa i Wojciecha Korfantego — aresztowano i osadzono w twierdzy brzeskiej. Represje objęły tysiące działaczy; unieważniano listy wyborcze, stosowano cenzurę i naciski administracyjne, a sposób liczenia głosów budził zastrzeżenia. Oznaczało to, że wyborca formalnie nadal głosował, lecz warunki konkurencji były celowo wypaczone przez rząd.
Symbolem represji była utworzona w 1934 r. Bereza Kartuska. Do miejsca odosobnienia można było trafić na podstawie decyzji administracyjnej, bez zwykłego wyroku sądowego. Osadzano tam komunistów, ukraińskich nacjonalistów, działaczy narodowych i związanych z legalną opozycją różnych odcieni od lewicy po prawicę. Więźniowie byli poddawani brutalnej dyscyplinie i przemocy. Ograniczano także wolność prasy przez konfiskaty, cenzurę i procesy, a w 1938 r. wprowadzono nawet karnoprawną ochronę pamięci Józefa Piłsudskiego. Miały miejsce liczne pobicia a nawet skrytobójstwa przeciwników politycznych rządu.
W Polsce 2025 r. istnieją wolne partie, pluralistyczne media, powszechne prawo wyborcze, prawo do demonstracji i realna możliwość zmiany rządu — potwierdzona przejęciem władzy przez opozycję po wyborach w 2023 r. Freedom House klasyfikował Polskę jako kraj „wolny” z wynikiem 82/100. Nie oznacza to ustroju pozbawionego problemów: wskazywano na upolitycznienie części instytucji, spory o niezależność sądownictwa, nierównowagę w mediach publicznych i wykorzystywanie zasobów państwowych w polityce. Różnica wobec 1938 r. jest jednak zasadnicza — obecnie opozycja może legalnie wygrać wybory, przejąć władzę i rozliczać poprzedników, czego system sanacyjny w praktyce nie dopuszczał.

PODSUMOWANIE
Współczesny, statystyczny Polak żyje w kilka-kilkanaście razy bardziej dostatnich, komfortowych i bezpiecznych warunkach niż nasi przodkowie jeszcze 100 lat temu. Posiada swobody polityczne, w tym wolność słowa, o których wówczas można była wyłącznie pomarzyć. W Polsce międzywojennej narodowcy, chadecy, ludowcy czy socjaliści byli przez rządzącą sanację nie tylko pozbawiani prawa do uczciwej rywalizacji wyborczej. Były zamykane ich gazety, przemocą rozpędzane zebrania, byli bici, skazywani na wieloletnie więzienie, a wielu przypłaciło działalność polityczną zdrowiem a nawet życiem.
Polacy w 1939 roku żyli w kraju, w którym dostęp do lekarza był właściwie luksusem nielicznych a zwłaszcza garstki najbogatszych. W kraju, w którym większość społeczeństwa żyła w warunkach tak marnych i biedzie tak wielkiej, że współcześnie nawet nie jesteśmy sobie w stanie ich dobrze wyobrazić. W którym perspektywa na poprawę losu inaczej niż przez wyczerpującą pracę fizyczną na roli albo w fabryce dotyczyła naprawdę niewielkiej mniejszości młodych ludzi. Mimo tego miliony Polaków ze wszystkich stron barykady politycznej oraz bez żadnych ugruntowanych przekonań poszły bić się o to państwo w ciągu sześciu lat wojny. Mimo tego dziesiątki milionów cierpiały w niewyobrażalny sposób śmierć, głód, przemoc i strach latami pielęgnując, trwając przy swojej polskości i marząc o własnym państwie.
Tak, to byli nasi dziadkowie i babcie. Wielu z tych ludzi zdążyłeś poznać, nieliczni żyją do dziś. Dla nich sam fakt, że ich wspólnota, ich naród, ich dom, czyli państwo, które ma orła w godle, przetrwał, był czymś niezwykłym. Oni nie bili się i nie cierpieli za idealną Polskę według ich precyzyjnych zachcianek, a za to, żeby w ogóle Polska była. Więc nie oburzaj się dziś, że kiedy piszesz „za taką Polskę jaką mamy dzisiaj to bił się nie będę”, to nazwę cię degeneratem i antypolskim śmieciem. Bo przy wszystkich problemach jakie są w naszej Ojczyźnie i z jakimi musimy się zamagać, to jednak w Polsce dzieje się dużo lepiej niż w twojej głowie.
Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.
Zostaw komentarz