…czyli instrukcja obsługi politycznego survivalu

Na długo przed tym, jak padnie pierwsze pytanie, zanim światło kamer odbije się od lekko przypudrowanych czół kandydatów, sztaby już wiedzą jedno: debat się nie wygrywa. Debaty się… przeżywa.

Najlepiej bez językowego poślizgu, bez dziwnego grymasu w złym momencie, bez pomylenia nazwiska, daty albo — o zgrozo — nazwy jakiejś poważnej instytucji.

Publiczność?
Mało kto naprawdę słucha argumentów. Większość czeka na wpadkę, na grymas, na moment, który da się obśmiać w internecie.
Sondaże? Będą takie, jakie trzeba — kto zamawia, ten maluje.
Media? Jedni ogłoszą, że kandydat X był merytoryczny jak encyklopedia PWN, drudzy uznają, że wyglądał, jakby połknął kij od szczotki razem z regulaminem Sejmu.

Współczesna debata polityczna to teatr.
Ale nie dramat antyczny, gdzie bohater walczył z losem.
To bardziej reality show, w którym publiczność może zadzwonić i „wyrzucić uczestnika z programu” tylko dlatego, że źle zawiązał krawat.

Zresztą sam język zdradza reguły gry.
Nie pytamy:

👉 „co zaproponował?”

👉 „czy przekonał niezdecydowanych?”

👉 „czy coś sensownego powiedział?”

Tylko:

👉 „kto wypadł lepiej”.

Wypadł! Jak z windy. Jak z roli. Jak z planu.
Jakby cały polityczny los opierał się na jednym ujęciu, w którym trzeba wyglądać bardziej „prezydencko” niż inni.

Dlatego, Drogi Czytelniku, gdy następnym razem ktoś Ci powie:
„ten to wygrał debatę”
— uśmiechnij się pod nosem i przypomnij sobie najważniejszą, „prawdziwą prawdę” politycznego rzemiosła:

Debaty się nie wygrywa. Debatę trzeba przetrwać — i to z możliwie najmniejszymi stratami.

Zbigniew Grzyb
z serii PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄