Kiedy w grudniu 1970 ogłosili podwyżki cen, mój zięć, który wtedy pracował w stoczni, codziennie uczestniczył w protestach a z nim moja Niunia. Jego jeszcze rozumiałam, kiedy wszyscy strajkowali ale po co jeszcze żonę w to wciągać! W sumie mojej Niuni nie trzeba było nigdzie wciągać. Sama się pchała, ale mógł jej coś powiedzieć. A ja musiałam pilnować mojego wnusia Klaudiuszka, który miał wtedy niespełna trzy latka. A 16 grudnia dotarła do mnie straszna wiadomość. Milicja zaczęła strzelać.

– Widzisz Klaudiuszku, jeszcze możesz tylko z babcią zostać, bo tym zajobom zachciało się świat zmieniać. Poleźli zajoby walczyć a ja tu zaraz oszaleję – mówiłam do wnuczka.

Gdyby jeszcze chodziło naprawdę o obalenie komuny czy wyzwolenie od Ruskich! Tak naprawdę to walczyli wtedy przeciwko wypaczeniom socjalizmu, chociaż potem mało kto się do tego przyznawał. Ludzie po prostu walczyli ze złem i musiało upłynąć sporo czasu, by się przekonali, że zło leży u podstaw komuny. Ja to wiedziałam już wtedy ale wiedziałam też, że biedni ludzie nie mają wielkiego wpływu na losy świata, choć często płacą najwyższą cenę. Ale cóż, młodym nie wytłumaczysz! Ja znów czułam, że to co dawno zostawiłam na drugim krańcu Polski, poszło za mną dalej, tu gdzie miało być lepiej i bezpieczniej. Tymczasem znów strzały, krwawa łuna i lęk o najbliższych, choć sprawcy zupełnie inni.

Usłyszałam kroki za oknem.

-No, Klaudiuszku, chyba ido te zajoby!

No i wchodzą!

-O nasz Klaudiuszku, kochany Klaudiuszku!

– Uciekajcie wy zajoby! – odpowiedział im Klaudiuszek

-No, dobrze wam powiedział! Tyle czasu poza domem a ja sama z wnuczkiem. I dziecko o mało sierotą nie zostało! To prawda, że strzelali?

-Tak, milicja i wojsko zaczęły strzelać.Zachowywali sie jak potwory. Rannych na pewno kilkaset było. Trudno powiedzieć ilu zabitych, ale też sporo.

W końcu nerwy mi przeszły. Cieszyłam się, że oboje żywi i cali. Wyciagnęłam z piekarnika kartoflaną babkę, którą zaczęli wcinać że smakiem.

Na drugi dzień przyszła jeszcze tragiczniejsza wiadomość. Tym razem w Gdyni, milicja bez żadnego powodu otworzyła ogień do stoczniowców idących do pracy na wezwanie sekretarza PZPR Kociołka. Zięć od razu pojechał do Gdyni. Na szczęscie wrócil cały i zdrowy. Tym razem udało mi się zatrzymać Niunię w domu. Wieczorem zaczęly się straszliwe opowieści, do których ludzie z pokolenia Niuni wracali co jakiś czas, tak jak moje pokolenie do wspomnień z czasów banderowskiej rzezi. Mały Klaudiuszek i kolejne dzieci dorastały, nasiakając tymi dwoma traumami przodków.