Tak przynajmniej można by pomyśleć, obserwując z jaką elegancją, godną baletu narodowego, wywijamy energetycznego pirueta: z własnego węgla – do cudzej rury. Postęp? Oczywiście. W końcu nic tak nie pachnie nowoczesnością jak import surowców z drugiego końca świata.
Oto bowiem zamykamy kopalnie. Nie dlatego, że już nic w nich nie ma. Nie dlatego, że nie potrafimy wydobywać. Nie – zamykamy je z przekonaniem godnym misjonarzy XXI wieku. Węgiel jest passé. Węgiel jest brudny. Węgiel jest niemodny. A przecież wiadomo, że najważniejsze w energetyce jest to, żeby była stylowa.
W tym samym czasie, z powagą i dumą, przebudowujemy elektrownie na gaz. Gaz – brzmi miękko, ekologicznie, niemal poetycko. Gaz, który przypływa do nas statkiem, tysiące kilometrów przez morza i oceany, skroplony, odparowany, przesyłany, przeliczany, kontraktowany. Gaz, który – co za przypadek – kupujemy między innymi z Kataru. Ale spokojnie, to już nie jest zależność. To jest „dywersyfikacja”.
Bo przecież różnica jest zasadnicza: kiedyś mieliśmy własny węgiel pod nogami, a teraz mamy gaz pod kontrolą… dostawcy.
Elektrownia Dolna Odra staje się symbolem tej transformacji. Dwa nowoczesne bloki gazowo-parowe – brzmi dumnie, futurystycznie, niemal jak tytuł konferencji w Brukseli. 1400 MW mocy. Nowa jakość. Nowa epoka. Nowe rachunki – ale o tym już ciszej.
Bo przecież nikt nie lubi psuć narracji szczegółami. Na przykład takim, że gaz bywa kapryśny cenowo. Albo że bezpieczeństwo energetyczne polegało kiedyś na tym, że surowiec mieliśmy u siebie. Albo że zamykając kopalnie, nie tylko wygaszamy przemysł, ale i całe regiony, które przez dekady budowały gospodarkę tego kraju.
Ale nie przesadzajmy. Ważne, że jest nowocześnie.
I właśnie tutaj na scenę wchodzi geopolityka – cała na biało, a raczej na czarno, jak ropa. Wyobraźmy sobie bowiem drobny szczegół: napięcia na Bliskim Wschodzie, konflikt z udziałem Iranu, zamieszanie w Zatoce Perskiej. Taki niewinny chaos, który sprawia, że tankowce z LNG nagle zaczynają płynąć wolniej, drożej i w towarzystwie nerwowych komunikatów analityków.
Bo gaz z Kataru nie teleportuje się do Świnoujścia. On musi przepłynąć przez cieśniny, które w razie konfliktu stają się bardziej strategiczne niż wszystkie nasze konferencje razem wzięte. Wystarczy jedno „nieporozumienie” na mapie świata, by „stabilne dostawy” zamieniły się w „dynamiczną sytuację rynkową”, a „kontrakty długoterminowe” w „renegocjacje pod wpływem okoliczności”.
I wtedy nagle odkrywamy, że bezpieczeństwo energetyczne to nie jest slajd w prezentacji, tylko bardzo konkretne pytanie: czy statek dopłynie.
Ale spokojnie – przecież mamy dywersyfikację. Jeśli nie dopłynie jeden, może dopłynie drugi. A jeśli nie dopłynie żaden, to zawsze zostaje nam coś, czego właśnie się pozbyliśmy – tylko że już zamknięte, zalane i opatrzone tabliczką „nieczynne”.
W tej nowoczesności jest coś głęboko symbolicznego. Oto kraj, który siedzi na własnych zasobach, uznaje, że lepiej będzie je zostawić w ziemi – tak, na wszelki wypadek, może dla archeologów przyszłości – i kupować energię w bardziej „cywilizowany” sposób. Bo przecież nic tak nie świadczy o suwerenności jak fakt, że rachunek za prąd zależy od tego, co wydarzy się tysiące kilometrów dalej.
Najpiękniejsze jest jednak to, że wszystko to robimy z poczuciem moralnej wyższości. My już nie kopiemy. My już nie brudzimy. My jesteśmy czyści. Gaz jest czysty. Statek z gazem jest czysty. Terminal jest czysty. Tylko rachunek czasem bywa brudny – ale to już detal księgowy.
Czy to znaczy, że rządzą nami idioci? Ależ skąd. To byłoby zbyt proste. Rządzi nami wiara, że można mieć wszystko naraz: bezpieczeństwo bez własnych surowców, niezależność poprzez import i tanią energię z drogich kontraktów.
A wiara – jak wiadomo – nie potrzebuje logiki. Wystarczy, że dobrze wygląda w prezentacji.

Szanowny Panie Okiem, pisze Pan ” rzadza-nami-idioci”. A jak nazwac spolecznosc podatnikow ktora pozwala na to aby rzadzili Nia idioci? Dobrze Pan pisze. Dziekuje. Pozdrawiam. stevek