Smoleńsk jako argument?
Polska polityka od lat przypomina teatr, w którym aktorzy dawno zapomnieli, gdzie kończy się dramat, a zaczyna farsa. Tym razem na scenę wkroczył minister Sikorski i postanowił udzielić prezydentowi-elektowi Nawrockiemu lekcji politycznej roztropności. Problem w tym, że zamiast zwykłego argumentu sięgnął po jeden z najbardziej bolesnych symboli współczesnej historii Polski.
Według ministra należy uważać, by nie iść drogą, która kiedyś zakończyła się katastrofą smoleńską. Formalnie nie padła groźba. Formalnie nikt nikomu niczego nie zapowiadał. Formalnie wszystko było eleganckie, dyplomatyczne i opakowane w troskę o państwo.
Formalnie.
Bo gdy polityk przywołuje tragedię, w której zginął urzędujący prezydent, a następnie kieruje przestrogę do nowo wybranego prezydenta, trudno się dziwić, że wielu ludzi odbiera to nie jako analizę konstytucyjnych kompetencji, lecz jako polityczny odpowiednik machania widelcem nad tortem urodzinowym i zapewniania, że przecież nikt nie mówił o jedzeniu.
Minister Sikorski od lat kreuje się na człowieka dyplomacji, rozwagi i europejskich standardów. Tym bardziej można było oczekiwać, że w sporze politycznym użyje argumentów dotyczących prawa, konstytucji albo praktyki ustrojowej. Zamiast tego wyciągnięto z szafy Smoleńsk – temat, który od szesnastu lat dzieli Polaków bardziej skutecznie niż jakikolwiek program wyborczy.
I właśnie tu tkwi problem. Nie w tym, czy wypowiedź była formalnie dopuszczalna. Nie w tym, czy można ją obronić na gruncie logiki. Problem polega na tym, że osoba zajmująca jedno z najważniejszych stanowisk w państwie powinna wiedzieć, jak zabrzmią jej słowa.
Politycy często narzekają na brutalizację debaty publicznej. Potem jednak sami wrzucają do niej kolejne beczki paliwa i ze zdziwieniem obserwują pożar. A gdy płomienie sięgają sufitu, ogłaszają konferencję prasową o potrzebie uspokojenia nastrojów.
Jeżeli Polska ma być państwem poważnym, to tragedie narodowe nie mogą służyć jako polityczne przecinki w bieżących sporach. Niezależnie od tego, kto siedzi w Pałacu Prezydenckim i kto akurat urzęduje w ministerstwie.
Bo kiedy historia staje się pałką do okładania przeciwnika, przegrywa nie tylko ten przeciwnik. Przegrywa także powaga państwa.
A cała sytuacja robi się jeszcze bardziej groteskowa, gdy spojrzeć na nią z szerszej perspektywy. Oto bowiem minister, którego przeciwnicy polityczni od lat oskarżają o nadmierną skłonność do dyplomatycznych rozmów z Moskwą i wypominają mu kontakty z Siergiejem Ławrowem, poucza człowieka, którego Rosja wpisała na listę poszukiwanych za działania związane z usuwaniem pomników i symboli radzieckiej dominacji.
I tu obywatel przeciera oczy ze zdumienia.
Bo jeśli spojrzeć na to jak na scenariusz filmowy, wychodzi rzecz osobliwa. Jeden polityk jest przez rosyjską propagandę przedstawiany jako wróg, którego należy ścigać za „walkę z pamięcią historyczną”. Drugi ostrzega tego pierwszego, przywołując jedną z największych polskich tragedii.
Jak to się spina?
Według logiki normalnego człowieka powinno być odwrotnie. Skoro Kreml uznał Nawrockiego za problem, to można by oczekiwać choć odrobiny politycznej solidarności. Tymczasem polska polityka potrafi stworzyć sytuację, w której człowiek ścigany przez Rosję musi tłumaczyć się przed rodakami, a ci, którzy tłumaczą jego słowa, przekonują wszystkich, że nic niezwykłego nie zostało powiedziane.
W efekcie obywatel obserwujący tę debatę ma prawo dojść do wniosku, że polska polityka osiągnęła poziom absurdu, przy którym nawet scenarzyści satyry politycznej zaczynają obawiać się konkurencji.
Zostaw komentarz