Gdyby państwo było mieszkaniem, obecna władza już dawno rozwiesiłaby baner: „Wszystko musi zniknąć!”. Rezerwy budżetowe? Niepotrzebne. Poduszka płynnościowa? Wypompowana do ostatniego piórka. Zadłużenie? Proszę bardzo, na raty, bez ograniczeń i bez czytania umowy.

Jeszcze niedawno Polska przypominała gospodarza, który przez lata odkładał na czarną godzinę. Dziś czarna godzina została najwyraźniej awansowana do rangi strategii rozwoju. Skoro można żyć na kredyt, to po co się ograniczać? Po nas choćby kalkulator.

Ministerialne gabinety coraz bardziej przypominają salon samochodowy. Każdy problem rozwiązuje się nową pożyczką. Dziura w budżecie? Kredyt. Brak pieniędzy? Kredyt. Za dużo kredytów? Jeszcze jeden kredyt, żeby przykryć poprzednie. To już nie polityka finansowa, lecz piruety księgowe wykonywane nad przepaścią.

Ekonomiści biją na alarm, ale alarm najwyraźniej został wyłączony, bo przeszkadzał w świętowaniu kolejnych rekordów zadłużenia. Państwowa kasa przypomina portfel po weekendzie w kasynie – dużo emocji, mało gotówki i mnóstwo pytań, których lepiej nie zadawać.

Najbardziej imponujące jest jednak tempo. To, co budowano latami, według krytyków udało się rozmontować w kilka miesięcy. Gdyby destrukcja była dyscypliną olimpijską, Polska mogłaby wystawić reprezentację walczącą o złoto. Trenerzy sukcesu tłumaczyliby potem, że wszystko odbyło się zgodnie z planem, choć nikt nie potrafiłby odnaleźć samego planu.

Obywatel ma oczywiście zachować spokój. Kiedy widzi rosnący dług, powinien pamiętać, że liczby są tylko społecznym konstruktem. Kiedy słyszy o wyprzedaży rezerw, powinien docenić kreatywność zarządzających. A kiedy zastanawia się, kto za to zapłaci, powinien przestać zadawać niewygodne pytania i skupić się na przekazie dnia.

Bo przecież nie chodzi o pieniądze. Chodzi o wizję. Wizję państwa, które z zawrotną prędkością jedzie w stronę finansowej mgły, a kierowca zapewnia pasażerów, że wszystko jest pod kontrolą, choć właśnie wyrzucił przez okno mapę, kompas i zapasowe koło.

I tylko rachunek, jak zwykle, zostanie na stole.