Media społecznościowe zalewają filmiki Ukraińców ogłaszających wyjazd z Polski i przewidujących, co stanie się z polską gospodarką, kiedy ich zabraknie. Podobnie z tekstami w innych mediach, gdzie króluje słowo pisane… ktoś przekonuje, że bez Ukraińców polski rynek pracy się załamie, ktoś inny, że polska gospodarka nie poradzi sobie bez setek tysięcy ukraińskich pracowników. Powszechne staje się też przekonanie, że za polskim sukcesem ekonomicznym stoją przede wszystkim dotacje europejskie i pracownicy z Ukrainy.

To jest opowieść wygodna, ale ekonomia jest trochę mniej wygodna. Postanowiłem więc sprawdzić nie to, czy Ukraińcy są dla Polski „dobrzy” albo „źli”, lecz ile naprawdę Polska na ich obecności zyskuje, ile wydaje i jakie są dodatkowe koszty gospodarcze związane z wojną i masowym napływem ludności. Przyjąłem dwa lata, 2024 i 2025, bo pozwalają już patrzeć na sytuację po pierwszym szoku z 2022 roku. I od razu zastrzeżenie… tam, gdzie państwo ma twarde dane, podaję twarde dane. Tam, gdzie ich nie ma, podaję przedział. Nie będę dopisywał miliardów tylko dlatego, że pasowałyby do tezy.

Zacznijmy od pieniędzy, które Ukraińcy pracujący w Polsce wpłacają do systemu finansów publicznych. W 2024 roku obywatele Ukrainy wpłacili 12,70 mld zł składek do ZUS, 3,79 mld zł do NFZ i 5,04 mld zł PIT. Razem 21,53 mld zł. Do tego dochodzi około 1,02 mld zł składek na Fundusz Pracy, Fundusz Solidarnościowy i FGŚP oraz szacunkowo 4,14 mld zł VAT z ich konsumpcji. Daje to około 26,7 mld zł w ciągu jednego roku. Ministerstwo Finansów zastrzega przy tym, że VAT jest szacunkiem obarczonym większą niepewnością, ponieważ nie ma indywidualnej ewidencji konsumpcji podatników.

To jest pierwsza liczba, którą warto zapamiętać: około 26,7 mld zł wpływów w 2024 roku. Nie 800+, nie „pieniądze dla uchodźców”, ale ponad dwadzieścia sześć miliardów złotych składek i podatków.

W 2025 roku nie ma jeszcze równie precyzyjnego zestawienia wszystkich tych wpływów według identycznej metodologii, dlatego uczciwie przyjmuję około 27–29 mld zł. Nie będę udawał, że znam liczbę co do miliona. Wiemy natomiast, że pod koniec 2025 roku około 839 tys. obywateli Ukrainy podlegało ubezpieczeniom emerytalno-rentowym. To około 5,2 proc. wszystkich ubezpieczonych w Polsce.

Teraz druga strona rachunku. Fundusz Pomocy, czyli główny instrument państwa służący finansowaniu nadzwyczajnej pomocy związanej z wojną, wydał w 2024 roku około 10,5 mld zł. W 2025 roku było to około 8,5 mld zł według najnowszego zestawienia wydatków funduszy BGK.

I tu pojawia się częsty błąd w publicznej dyskusji. Ktoś dodaje 800+, potem edukację, zakwaterowanie, pomoc samorządom i jeszcze raz Fundusz Pomocy… otrzymując gigantyczną kwotę. To jest podwójne liczenie. Fundusz Pomocy jest właśnie workiem, w którym znajduje się znaczna część tych wydatków.

Skala edukacji jest jednak rzeczywiście ogromna. Do 31 marca 2025 roku na dodatkowe zadania oświatowe związane z edukacją dzieci z Ukrainy wydano ponad 7,8 mld zł. W samych latach 2023 i 2024 było to po ponad 2,6 mld zł rocznie.

Zdrowie wygląda natomiast zupełnie inaczej niż sugerowałaby popularna opowieść o „darmowym leczeniu”. W 2024 roku Ukraińcy wpłacili do NFZ około 3,79 mld zł składek, a koszt świadczeń zdrowotnych udzielonych obywatelom Ukrainy był rzędu 2,2 mld zł. Innymi słowy… sam system zdrowotny otrzymywał od nich więcej, niż na nich wydawał.

Do tego dochodzą oczywiście świadczenia społeczne, zakwaterowanie, administracja, szkoły, pomoc samorządowa, transport, policja, sądy, prokuratura, Straż Graniczna i więziennictwo. Nie wszystkie te pozycje da się uczciwie wyodrębnić według obywatelstwa. Można jednak oszacować ich skalę. Koszt utrzymania ukraińskich osadzonych w polskim systemie penitencjarnym to raczej dziesiątki milionów złotych rocznie, a nie miliardy. Koszty dodatkowej pracy policji, sądów, prokuratury, administracji i pomocy społecznej można szacować na setki milionów. Transport pomocy i zwiększona obsługa granicy również kosztują, ale tutaj szczególnie trudno oddzielić koszt wojny z Rosją od kosztu samej obecności Ukraińców.

Dlatego w „surowym” rachunku za 2024 i 2025 można przyjąć około 24–25 mld zł szeroko rozumianych bezpośrednich obciążeń publicznych związanych z pobytem Ukraińców i pomocą Ukrainie. To obejmuje Fundusz Pomocy, dodatkowe świadczenia, administrację, transport, część kosztów granicznych, pomoc humanitarną, szkolenie ukraińskich żołnierzy, pomoc wojskową i finansowanie Starlinków. Nie jest to liczba urzędowa… jest to ostrożny bilans zbudowany z danych urzędowych i szacunków tam, gdzie państwo nie prowadzi osobnej księgowości.

Wychodzi więc coś, co może być dla wielu osób zaskakujące. W latach 2024–2025 wpływy związane z obecnością Ukraińców można szacować na około 54–56 mld zł, a bezpośrednie obciążenia na około 24–25 mld zł. Surowe saldo sektora publicznego wychodzi więc około 30 mld zł na plus.

To nie znaczy oczywiście, że Polska „zarobiła 30 miliardów na Ukraińcach”. Takie zdanie byłoby równie głupie jak twierdzenie, że wydała 30 miliardów i niczego w zamian nie dostała. Składki ZUS finansują system emerytalny, składki zdrowotne finansują ochronę zdrowia, a podatki są częścią normalnego funkcjonowania gospodarki. Chodzi o coś prostszego… o sprawdzenie, czy państwo polskie jest obecnie finansowym zakładnikiem ukraińskiej migracji. Z danych wynika, że nie.

Ale budżet państwa to jeszcze nie gospodarka.

Tutaj sprawa robi się ciekawsza. Około 770–800 tysięcy pracujących Ukraińców to ogromny zasób pracy. Ich nagły wyjazd niewątpliwie wywołałby szok. W budownictwie, transporcie, przemyśle, gastronomii, rolnictwie, usługach i części opieki nad osobami starszymi pojawiłyby się braki pracowników. Część przedsiębiorstw musiałaby podnieść płace, część podnieść ceny, część zautomatyzować produkcję, a część ograniczyć działalność.

Tyle że z tego nie wynika „załamanie polskiej gospodarki”.

To bardzo ważne rozróżnienie. Jeżeli 800 tysięcy ludzi wyjeżdża, nie oznacza to automatycznie, że znika 800 tysięcy miejsc pracy. Część stanowisk przejęliby Polacy, część inni cudzoziemcy, część osoby dotychczas bierne zawodowo, a część pracy zostałaby zastąpiona technologią. Gospodarka nie jest fabryką, którą można wyłączyć po wyjęciu jednego elementu. Dostosowuje się… często boleśnie, czasami bardzo kosztownie, ale dostosowuje.

Badania ekonomiczne rzeczywiście pokazują dodatni wpływ migracji ukraińskiej na polski PKB. Szacunki Deloitte przytaczane przez NBP mówiły o wzroście polskiego PKB w 2023 roku o około 0,7–1,1 proc., a w długim okresie o 0,9–1,35 proc. Jednocześnie ten sam model wskazywał na koszty w postaci większej konkurencji na rynku pracy, wzrostu bezrobocia o około 0,18–0,3 punktu procentowego i spowolnienia realnego wzrostu płac o około 0,65–1,15 proc.

To jest właśnie uczciwy obraz. Migracja daje Polsce więcej pracy i produkcji, ale nie jest darmowym obiadem. Ktoś na niej zarabia, ktoś ponosi koszt. Przedsiębiorca może dostać pracownika, którego nie mógł znaleźć. Polski pracownik może natomiast dostać konkurenta. Konsument może dostać tańszą usługę, ale właściciel mieszkania może mieć większy popyt na wynajem.

Warto również spojrzeć na konsumpcję. Pracujący Ukrainiec nie tylko płaci PIT i ZUS. Dostaje pensję i wydaje ją w Polsce. Kupuje żywność, paliwo, ubrania, usługi, płaci czynsz, korzysta z telefonii, restauracji i transportu. Część tego popytu jest już oczywiście zawarta w szacowanym VAT, ale reszta pozostaje w polskich firmach jako obrót i wartość dodana. Dlatego ewentualny masowy wyjazd oznaczałby nie tylko utratę części podaży pracy, ale także uderzenie w popyt.

I właśnie dlatego teza „Polacy nic nie stracą, jeśli Ukraińcy wyjadą” byłaby równie fałszywa jak teza przeciwna.

Są jednak obszary, w których Ukraina rzeczywiście wygenerowała dla Polski i Polaków konkretny koszt. Najlepszym przykładem jest rolnictwo.

NIK bardzo krytycznie oceniła reakcję państwa na gwałtowny wzrost importu ukraińskiego zboża i rzepaku. W ciągu 16 miesięcy 541 firm sprowadziło do Polski 4,3 mln ton zbóż i roślin oleistych o wartości 6,2 mld zł. NIK stwierdziła wprost, że import stanowił konkurencję dla krajowej produkcji rolnej. Import pszenicy z Ukrainy wzrósł z 3,1 tys. ton w 2021 roku do około 523 tys. ton w 2022 roku, a kukurydzy z 6,2 tys. ton do 1,854 mln ton.

Nie można jednak uczciwie powiedzieć, że każda złotówka stracona przez polskiego rolnika była „kosztem Ukrainy”. Na ceny zbóż wpływały także światowe ceny, rosyjska produkcja, koszty energii, kurs złotego i sytuacja na światowych rynkach. Można natomiast powiedzieć coś znacznie ostrożniejszego i zarazem trudniejszego do podważenia… masowy napływ konkurencyjnego ukraińskiego towaru był jednym z czynników pogarszających sytuację części polskiego rolnictwa.

I państwo samo to przyznało, ograniczając później liberalizację. Od października 2025 roku obowiązują nowe zasady handlu UE z Ukrainą, wprowadzające między innymi kontyngenty dla wrażliwych produktów, takich jak cukier, drób i jaja, oraz mechanizmy ochrony przed importem po zbyt niskich cenach.

Jest też druga strona medalu. Polska sama bardzo dużo zarabia na handlu z Ukrainą. W 2025 roku polski eksport do Ukrainy wyniósł 13,4 mld euro, a import z Ukrainy 4,6 mld euro. Polska miała więc dodatnie saldo handlowe wynoszące około 8,7 mld euro.

To oznacza, że Ukraina nie jest dla polskiej gospodarki wyłącznie kosztem. Jest również ogromnym rynkiem dla polskich przedsiębiorstw. Polska sprzedaje tam samochody, maszyny, urządzenia, produkty chemiczne, paliwa i towary związane z odbudową kraju. Kiedy ktoś przedstawia relacje gospodarcze Polska–Ukraina wyłącznie jako strumień pieniędzy płynący z Warszawy do Kijowa, po prostu pomija połowę rachunku.

Co z przedsiębiorcami ukraińskimi w Polsce? Tutaj również potrzebna jest chłodna głowa. W 2024 roku co dziesiąta nowa firma zakładana w Polsce była według danych przytaczanych przez Reutersa własnością Ukraińców. To jest realny wkład w polską gospodarkę.

Nie można jednak automatycznie traktować przejęcia polskiej firmy przez Ukraińca jako polskiej straty. Jeżeli ktoś kupuje restaurację za dwa miliony złotych, to te dwa miliony nie znikają z Polski… trafiają do polskiego sprzedającego. Jeżeli nowy właściciel dalej płaci ZUS, PIT, CIT, VAT i zatrudnia ludzi, gospodarka nadal korzysta.

Problem zaczyna się wtedy, gdy mamy monopol, transfer zysków za granicę, działalność przestępczą albo kapitał o niejasnym pochodzeniu. I tutaj trzeba być szczególnie precyzyjnym.

Nie ma żadnych podstaw, aby napisać, że ukraińskie firmy w Polsce generalnie są finansowane pieniędzmi z korupcji. To byłoby oskarżenie bez dowodów. Ukraina ma jednak realny problem korupcyjny, który potwierdzają raporty Komisji Europejskiej, a europejskie organy ścigania od dawna wskazują na działalność ukraińskich grup przestępczych w Polsce i Europie, w tym oszustwa, przemyt i pranie pieniędzy.

Istnieją też konkretne, udokumentowane przypadki, w których polskie państwo uznało ukraiński kapitał za zagrożenie. MSWiA wskazuje na przykład na ukraińskiego oligarchę Dmytra Firtasha, którego ukraińskie i amerykańskie organy ścigania poszukują w związku z podejrzeniami dotyczącymi korupcji i prania pieniędzy. Polska objęła sankcjami podmioty związane z jego działalnością i wskazała, że jego plany biznesowe w Polsce stanowią poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa RP.

To jednak jest przykład, a nie dowód na powszechne zjawisko. W naszym bilansie nie można więc wpisać „X miliardów złotych z ukraińskiej korupcji wyprano w Polsce”, bo takiej wiarygodnej liczby po prostu nie ma. Można natomiast wskazać ryzyko prania pieniędzy i konieczność kontroli beneficjentów rzeczywistych, szczególnie przy szybkim napływie kapitału i przejęciach przedsiębiorstw.

Podobnie trzeba traktować rynek mieszkaniowy. Przyjazd ponad miliona ludzi zwiększył popyt na wynajem, a więc dla części Polaków oznaczał wyższe czynsze i trudniejszy dostęp do mieszkań. Ale właściciel mieszkania, który wynajmuje je Ukraińcowi, nie ponosi straty… przeciwnie, zarabia. Deweloper widzi większy popyt. Budowlaniec dostaje pracę. Miasto otrzymuje podatki. Jedni tracą, inni zyskują. Nie da się uczciwie zamienić tego w jedną prostą liczbę.

Podobnie z pieniędzmi wysyłanymi przez Ukraińców do rodzin na Ukrainie. To rzeczywiście część dochodu, która opuszcza polski obieg gospodarczy. Ale pracownik otrzymał te pieniądze za swoją pracę. Nie możemy więc nazwać całego transferu stratą Polski. Możemy jedynie powiedzieć, że część efektu popytowego jego pracy realizuje się poza Polską.

Jest jeszcze koszt, którego nie da się łatwo przeliczyć na złotówki… koszt bezpieczeństwa. Polska stała się głównym hubem logistycznym dla pomocy wojskowej kierowanej na Ukrainę. Ponosimy koszty transportu, infrastruktury, ochrony, obsługi granicy, szkolenia ukraińskich żołnierzy, a także przekazujemy sprzęt i finansujemy część pomocy. W latach 2024–lipiec 2026 wartość polskich donacji wojskowych wyniosła 1,55 mld zł, podczas gdy w latach 2022–2023 było to aż 14,9 mld zł. Nie można więc uczciwie wpisać 16,45 mld zł do rachunku każdego kolejnego roku.

W 2024 roku Polska przeznaczyła również znaczącą część oficjalnej pomocy rozwojowej na Ukrainę. OECD podaje, że 75,4 proc. polskiej bilateralnej ODA kierowanej do Europy trafiło w 2024 roku do Ukrainy, a w 2025 roku Polska przekazała Ukrainie 179,6 mln dolarów netto bilateralnej pomocy rozwojowej związanej ze skutkami rosyjskiej agresji.

I tutaj dochodzimy do pytania, od którego właściwie zaczęliśmy.

Czy Polska załamie się, jeżeli Ukraińcy wyjadą?

Nie.

Czy ich nagły wyjazd byłby dla Polski bezbolesny?

Też nie.

Byłby to poważny szok dla rynku pracy i części sektorów gospodarki. W niektórych branżach brak pracowników oznaczałby wzrost płac, kosztów i cen. Część firm miałaby problem z utrzymaniem produkcji. Spadłaby konsumpcja. Niektóre mieszkania stanęłyby puste lub potaniałyby. Część świadczeń i kosztów państwa zniknęłaby. Część Polaków przejęłaby miejsca pracy. Część przedsiębiorców zaczęłaby automatyzować produkcję. Część pracowników zostałaby zastąpiona przez ludzi z innych krajów.

To byłby proces dostosowawczy… nie koniec Polski.

I tutaj warto wrócić do tej dziwnej narracji, według której Polska zawdzięcza swój sukces przede wszystkim dotacjom z Brukseli i pracownikom z Ukrainy. Obie rzeczy mają znaczenie. Żadna nie jest jednak wyjaśnieniem polskiego cudu gospodarczego.

Polska nie zaczęła się rozwijać w 2004 roku, kiedy weszła do Unii Europejskiej. Nie zaczęła też rozwijać się w 2022 roku, kiedy do Polski przyjechały miliony Ukraińców. Transformacja, inwestycje, przedsiębiorczość, edukacja, rosnąca produktywność, eksport, integracja z europejskimi łańcuchami dostaw i ciężka praca milionów Polaków trwały przez dziesięciolecia.

Można oczywiście uznać, że opowieść o „zbawiennej migracji” jest po prostu ekonomicznym skrótem. Jest jednak w niej coś jeszcze… sposób myślenia, który przypomina mi pewien bardzo stary schemat.

W Związku Sowieckim republiki i społeczeństwa często tłumaczyły własne problemy tym, że „centrum” pomaga innym. Rosja miała utrzymywać Ukrainę, Ukraina miała utrzymywać inne republiki, bogatsze republiki miały finansować biedniejsze, a cały ZSRR miał jednocześnie tłumaczyć swoje problemy koniecznością pomagania państwom socjalistycznym. W takim systemie bardzo łatwo dochodziło do sytuacji, w której własna gospodarka przestawała być postrzegana jako wynik własnej pracy, produktywności i odpowiedzialności, a zaczynała być przedstawiana jako efekt transferów i „pomocy”.

Nie twierdzę, że współczesna narracja ukraińska jest sowiecka w sensie politycznym. Ukraina prowadzi dziś wojnę o własne przetrwanie i ma pełne prawo oczekiwać pomocy od sojuszników. Chodzi mi o sam mechanizm myślenia… przekonanie, że skoro gospodarka korzysta z obecności jakiejś grupy, to państwo, które tę grupę przyjmuje, jest od niej gospodarczo zależne.

To po prostu nie wynika z liczb.

Liczby mówią coś znacznie bardziej przyziemnego. Ukraińcy są dla Polski wartościowym zasobem pracy. Wnoszą dziesiątki miliardów złotych do systemu podatkowego i ubezpieczeniowego. Ich konsumpcja napędza polskie firmy. Ich przedsiębiorstwa tworzą miejsca pracy. Polska korzysta z ich obecności.

Jednocześnie Polska ponosi realne koszty. Finansuje edukację, świadczenia, zakwaterowanie i administrację. Ponosi część kosztów wojny. Pomaga wojskowo i humanitarnie Ukrainie. Ponosi dodatkowe koszty bezpieczeństwa i transportu. Część polskich rolników poniosła realne straty wskutek konkurencji ukraińskiego importu. Część Polaków odczuła wzrost cen mieszkań i czynszów. Istnieją też realne zagrożenia związane z przestępczością transgraniczną i praniem pieniędzy, choć nie wolno zamieniać tych zagrożeń w oskarżenie całej ukraińskiej społeczności.

Surowy rachunek finansów publicznych za lata 2024–2025 wychodzi mimo wszystko wyraźnie na plus… około 30 mld zł.

Ale najważniejszy wniosek jest inny. Polska może potrzebować ukraińskich pracowników, ale nie jest ich własnością. Ukraińcy mogą potrzebować polskiego rynku pracy, bezpieczeństwa i możliwości prowadzenia biznesu, ale Polska nie jest ich własnością.

To jest relacja gospodarcza, a nie akt łaski.

Jeżeli jutro wyjedzie z Polski kilkaset tysięcy pracowników, Polska odczuje ich brak. Jeżeli pozostaną, Polska będzie korzystać z ich pracy. Jeżeli część wyjedzie, gospodarka się dostosuje. Jeżeli część zostanie, gospodarka również się dostosuje. Nie ma w tym żadnej magii.

Dlatego zamiast filmików o tym, że „Polska upadnie, kiedy wyjedziemy”, warto odpowiedzieć po prostu… policzmy.

A kiedy policzymy, obraz jest znacznie mniej dramatyczny.

Polska nie jest pasożytem żyjącym dzięki ukraińskim pracownikom. Ukraina nie jest też pasożytem żyjącym dzięki Polsce. Sąsiednie państwa prowadzą wymianę gospodarczą, która przynosi obu stronom korzyści, ale również generuje koszty i konflikty interesów.

I chyba właśnie tak powinno się o tym mówić… bez wdzięczności na pokaz, bez pogardy, bez propagandy i bez udawania, że rachunek ekonomiczny ma narodowość.