Dzisiaj historia.( dotrzymuje obietnicy).
Mam przed sobą zdjęcie.
czarno-białe z Lubina.
Sześciu mężczyzn biegnie.
A właściwie pięciu biegnie. Szósty jest przez nich niesiony.
Jego ciało zwisa bezwładnie.
Jeden trzyma go za nogę. Drugi za drugą nogę. Dwaj pozostali podtrzymują ciało. Piąty biegnie obok.
Biegną.
Jakby od tego biegu zależało jego życie.
W tle dym.
Gaz łzawiący.
Chaos.
31 sierpnia 1982 roku.
Lubin.
Stan wojenny.
To zdjęcie dostałem kiedyś z Lubina.
Pamiętam je do dzisiaj.
Nie wiem, ile razy później na nie patrzyłem. Ale za każdym razem mam przed oczami przede wszystkim tych ludzi. Nie milicjantów. Nie ZOMO. Nie partyjnych dygnitarzy.
Tych pięciu, którzy próbują wynieść rannego człowieka.
Dopiero później dowiedziałem się, kim on był.
Nazywał się Michał Adamowicz.
Miał 28 lat. Był elektrykiem w Zakładach Górniczych „Lubin”. Miał żonę i dwoje dzieci.
Tego dnia dostał postrzał w głowę.
Jeszcze żył.
Ktoś go podniósł.
Ktoś chwycił za nogi.
Ktoś podtrzymał ciało.
I pobiegli.
Autorem tego zdjęcia był Krzysztof Raczkowiak. Dzisiaj wiemy, że fotografia stała się jednym z najbardziej przejmujących świadectw Zbrodni Lubińskiej.
Ale wtedy nie było jeszcze żadnej historii.
Była tylko ulica.
Dym.
Strzały.
I człowiek, którego trzeba było ratować.
Żeby zrozumieć to zdjęcie, trzeba cofnąć się o kilka godzin.
Jest 31 sierpnia 1982 roku.
W Polsce od ponad ośmiu miesięcy trwa stan wojenny.
Solidarność została zdelegalizowana.
Tysiące ludzi zostało internowanych.
Inni trafili do więzień.
Jeszcze inni zeszli do podziemia.
Służba Bezpieczeństwa tropi działaczy, którzy próbują odbudowywać konspiracyjne struktury.
Władza chce, żeby Polska była cicha i uległa.
Bardzo cicha.
Ale Lubin nie jest cichy.
To miasto Zagłębia Miedziowego.
Miasto robotników.
Miasto Solidarności.
Po 13 grudnia ludzie nie pogodzili się tutaj z tym, że ich związek ma po prostu zniknąć.
W podziemiu działają struktury Solidarności. W maju 1982 roku w Lubinie powstaje Międzyzakładowa Komisja Koordynacyjna. Rozprowadzane są nielegalne wydawnictwa, organizowana jest pomoc dla represjonowanych, utrzymywane są kontakty pomiędzy zakładami pracy.
SB wie, że w Lubinie wciąż istnieje opór.
I właśnie dlatego tego miasta nie można było traktować jak spokojnego miejsca na mapie stanu wojennego.
31 sierpnia przypada druga rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych.
W całym kraju podziemna Solidarność wzywa ludzi do pokojowych manifestacji.
W Lubinie ludzie zaczynają zbierać się po południu.
Przychodzą górnicy.
Pracownicy innych zakładów.
Mieszkańcy miasta.
Na placu Wolności jest ich około dwóch tysięcy.
Układają krzyż z kwiatów.
Jest przemówienie.
Śpiewany jest hymn.
„Rota”.
„Boże, coś Polskę”.
To jest pokojowo nastawiony tłum.Jest demonstracja.
A kiedy organizatorzy uznają, że cel został osiągnięty, kończą ją i wzywają ludzi do rozejścia się do domów.
I wtedy dzieje się coś, czego nie sposób już opowiedzieć spokojnym językiem.
Milicja atakuje.
Najpierw gaz.
Petardy.
Granaty.
Pałki.
Ludzie zaczynają uciekać.
Dym zasłania ulicę.
Ktoś krzyczy.
Ktoś przewraca się.
Ktoś próbuje schować się w klatce schodowej.
Ktoś wpada do piwnicy.
I wtedy padają strzały.Nie z broni z amunicją ślepą.
Z ostrej amunicji.
Milicjanci mają pistolety maszynowe Rak i karabiny AK. Do działań skierowano 218 funkcjonariuszy różnych formacji. Według ustaleń IPN decyzja o użyciu broni została wydana przez zastępcę komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy.
I nagle pokojowa demonstracja zamienia się w polowanie na ludzi. Strzelają żeby zabić.
Pierwszy pada Andrzej Trajkowski.
Ma 32 lata.
Jest ojcem czworga dzieci.
Potem ginie Mieczysław Poźniak.
Ma 25 lat.
A gdzieś w tym samym czasie pocisk trafia w głowę Michała Adamowicza.
I właśnie wtedy powstaje to zdjęcie.
Pięciu mężczyzn biegnie z rannym kolegą.
Nie wiem, co wtedy myśleli.
Czy wiedzieli, że został postrzelony w głowę?
Czy wiedzieli, że może umrzeć?
Czy słyszeli jeszcze strzały?
Czy bali się, że za chwilę któryś z nich również zostanie trafiony?
Tego nie widać na fotografii.
Widać tylko ruch.
Biegną.
Nie zostawiają go.
Michał Adamowicz zostaje przewieziony do szpitala.
Nie umiera tego dnia.
Przez kilka następnych dni rodzina jeszcze ma nadzieję.
Ale 5 września 1982 roku umiera.Ma 28 lat.
Zostawia dwoje dzieci.
Trzech ludzi.
Trzy rodziny.
Trzy przerwane życia.
I miasto, które właśnie zobaczyło, do czego zdolna jest władza, kiedy obywatel wychodzi na ulicę i mówi:
nie zgadzam się.
Ale jest jeszcze jedna historia.
Może nawet bardziej przerażająca niż same strzały.
Historia tego, co stało się później.
Bo kiedy przestały padać strzały, komunistyczna władza nie przestała działać.
Zaczęło się zacieranie śladów.
Z miasta usuwano łuski i pociski.
Z budynków zaczęto usuwać ślady po kulach.
Tynkowano przestrzeliny.
Wymieniano wybite szyby.
Usuwano ślady po ostrzale.
A funkcjonariuszom wydano polecenie, żeby nie przyznawali się do używania ostrej amunicji.
Pomyślmy przez chwilę o absurdzie tej sytuacji.
Najpierw strzelano do ludzi.
A później ktoś dostał polecenie, żeby posprzątać miejsce zbrodni.
Ktoś musiał przygotować oficjalną wersję wydarzeń.
Tak wyglądało państwo komunistyczne Włodzimierza Czarzastego, obecnego marszałka sejmu z ekipy Tuska.
Nie wystarczyło, że miało broń.
Nie wystarczyło, że miało ZOMO.
Nie wystarczyło, że miało więzienia.
Miało jeszcze aparat, który po wszystkim próbował sprawić, żeby prawda zniknęła.
I rzeczywiście.
Komunistyczne śledztwo zakończyło się umorzeniem.
W kwietniu 1983 roku Prokuratura Śląskiego Okręgu Wojskowego umorzyła postępowanie.
Ale prawda nie umarła.
Bo pozostały zdjęcia.
Pozostali świadkowie.
Pozostały rodziny.
Pozostały rany.
I pozostał człowiek z aparatem fotograficznym.
Krzysztof Raczkowiak.
Ten sam, który zrobił zdjęcie Michała Adamowicza.
Fotografował wydarzenia, kiedy wokół niego strzelano.
I sam stał się później ofiarą próby zastraszenia. W materiałach IPN znajduje się informacja, że wskazał funkcjonariusza ZOMO, który miał strzelać do niego ostrą amunicją podczas wykonywania zdjęć.
Można więc powiedzieć, że tamtego dnia fotograf nie tylko dokumentował historię.
On ryzykował życie, żebyśmy my mogli ją dzisiaj zobaczyć.
A Lubin nie przestał być Lubinem.
Po 31 sierpnia represje trwały.
Służba Bezpieczeństwa nadal rozpracowywała podziemną Solidarność.
Ludzie byli zatrzymywani.
Przesłuchiwani.
Aresztowani.
Pozbawiani pracy.
Rozbijano podziemne struktury.
Władza wiedziała, że sama demonstracja się skończyła, ale opór jeszcze nie.
Dlatego po ulicach Lubina nie jeździła tylko milicja.
Działała również SB.
Jej zadaniem było odnalezienie ludzi, którzy organizowali podziemną Solidarność, ustalenie kontaktów, rozpracowanie struktur i doprowadzenie do ich likwidacji.
W dokumentach aparatu bezpieczeństwa pojawiają się sprawy operacyjne dotyczące podziemia działającego w Lubinie i Polkowicach. Wiosną 1983 roku SB rozbiła podziemne struktury Solidarności w kopalniach „Lubin” i „Rudna”.
To był inny rodzaj walki.
Bez huku karabinów.
Bez dymu.
Często bez świadków.
Telefon.
Obserwacja.
Donos.
Przesłuchanie.
Zatrzymanie.
Kolejny człowiek znika z pracy.
Kolejny zostaje wezwany.
Kolejny zaczyna się zastanawiać, czy człowiek stojący obok niego w autobusie nie jest przypadkiem informatorem SB.
Stan wojenny miał również taką twarz.
Nie zawsze było widać mundur.
Czasami wystarczał cień człowieka idącego kilka metrów za tobą.
A jednak nie udało się zniszczyć pamięci o Lubinie.
Po 1989 roku wrócono do sprawy.
W 2007 roku wrocławski sąd skazał trzech funkcjonariuszy MO dowodzących siłami skierowanymi przeciw demonstrantom. Byli to kierownicy odpowiedzialni za działania jednostek, ale bezpośrednich strzelców długo nie udało się ustalić.
I to jest jeden z najbardziej gorzkich elementów tej historii.
Minęły dziesięciolecia.
Upadł komunizm.
Zniknęła PZPR.
Rozwiązano MO.
Rozwiązano SB.
Zmieniono ustrój.
A jednak pytanie o człowieka, który nacisnął spust, przez lata pozostawało bez odpowiedzi.
Dlatego śledztwo IPN było prowadzone właśnie po to, żeby ustalić bezpośrednich sprawców zabójstw i zranień.
Przesłuchano ponad 160 świadków, w tym uczestników demonstracji oraz funkcjonariuszy MO, NOMO i ZOMO. Sprawa obejmowała nie tylko trzy śmiertelne postrzały, lecz także wiele innych przypadków ciężkich obrażeń. Tą sprawa do dziś
nie jest wyłącznie zamkniętym rozdziałem historii.
Kiedy więc dzisiaj patrzę na to zdjęcie, nie widzę tylko Michała Adamowicza.
Widzę również tych pięciu mężczyzn.
I myślę o czymś bardzo prostym.
O solidarności.
Nie tej pisanej wielką literą.
Nie tej z pomników.
Nie tej z oficjalnych przemówień.
Tylko o tej najprostszej.
Kiedy twój kolega pada, podnosisz go.
Kiedy jest ranny, nie zostawiasz go.
Kiedy trzeba uciekać, możesz uciekać razem z nim.
To właśnie jest solidarność.
I może dlatego to zdjęcie przetrwało.
Bo komuniści mogli zmyć krew z ulicy.
Mogli usunąć łuski.
Mogli otynkować dziury po kulach.
Mogli napisać własny komunikat.
Mogli przez lata ukrywać prawdę.
Ale nie mogli wymazać tego jednego obrazu.
Dzisiaj, po 44 latach, wiemy znacznie więcej.
Wiemy, kim był Michał Adamowicz.
Wiemy, kim byli Andrzej Trajkowski i Mieczysław Poźniak.
Wiemy o próbach zacierania śladów.
Wiemy o późniejszych represjach.To zdjęcie mowi, czym był tamten system.
I mówi również, czym byli ludzie, którzy mu się przeciwstawili. Minęły dziesięciolecia. Polska jest dziś wolnym państwem, a tamten system powinien być już tylko ponurą lekcją historii. A jednak patrząc na to, co dzieje się dzisiaj wokół instytucji państwa, prawa i ludzi, którzy stają w obronie swoich przekonań, trudno nie zadać sobie pytania: jak daleko naprawdę odeszliśmy od tamtych czasów.