Moje trzy grosze do adaptacji literatury uwspółcześniających klasykę. Otóż nic przeciw nie mam. Wręcz uważam, że są czymś wartościowym, co pozwala zrozumieć ponadczasowy sens tych dzieł.
Ale…
Ale to przeniesienie w realia współczesne musi mieć sens.
Sens miało przeniesienie „Romea i Julii” w realia Nowego Jorku lat 50-tych w „West Side Story”. Sens miała współczesna adaptacja z Leonardo di Caprio.
Sens miała interpretacja „Halki” Moniuszki w wykonaniu Trelińskiego (na zdjęciach), która przez przeniesienie akcji do współczesności i uwspółcześnienie ról głównych bohaterów (Janusz to właściciel hotelu, Halka to kelnerka pracująca u niego) pokazywał, że problem, o którym opowiada opera nie zniknął razem z podziałami stanowymi.
Znakomicie uwspółcześnił „Wesołe kumoszki z Windsoru” Czesław Szpakowicz.
Rewelacyjne było przeniesienie „Strasznego Dworu” w międzywojnie przez Davida Pountneya, czy ulokowanie „Cosi fan tutte” w czasie wojny w Wietnamie przez Wojciecha Farugę.
I tak mogę długo. W operze przenoszenie klasyki we współczesność trwa od lat (pamiętam „Pierścień Nibelungów” z lat 90-tych, w którym Wotan chodził w pruskim mundurze z XVIII wieku – reżyser – Niemiec – wprost oskarżał operą pruski militaryzm o zniszczenie tego, co naprawdę stanowiło istotę niemieckiej kultury).
Ale…
Wszystkie te przedstawienia nie robiły rzeźni z materiału źródłowego. Traktowały go z szacunkiem, interpretację robiąc w scenografii, kostiumach, zachowaniach, didaskaliach, a nie w linii melodycznej, czy libretcie.
Stefan nie śpiewa do starego Macieja:
– Czego się, kura, boisz, stary dzbanie?
Choć wyśmiewa jego lęki niemniej brutalnie.
Można naprawdę zrobić dobrą adaptację, pozwalającą czytelnikowi zrozumieć sens przekazu (szczególnie w przypadku powieści realistycznych warto to robić, bo one odwoływały się do codzienności czytelników, która już naszą codziennością nie jest), ale do tego nie trzeba treści spłaszczać, wulgaryzować, czy wręcz schamiać.
Chcecie uwspółcześnioną „Lalkę”?
Proszę bardzo.
Akcję umieszczamy w końcówce lat 90-tych, na początku 2000, przed wstąpieniem Polski do UE.
Wokulski – weteran NZS, w młodości w konspirze. Zaliczył emigrację. W latach 90-tych dorobił się na niezbyt czystych interesach. Nie jest wprost powiązany z mafią, ale smród za nim idzie.
Łęcki – były działacz PZPR, który uwłaszczył się na państwowym. Jak większość nomenklatury nie miał pojęcia o gospodarowaniu. Ostatecznie splajtował. Zdążył jednak wychować córeczkę, którą do prywatnej szkoły woził kierowca, która ma dwie lewe ręce, ale przywykła, że świat wokół niej skacze. Pustak nie rozumie, że ojciec nie ma pieniędzy, a ten nie umie jej odmówić, więc wchodzi w kolejne trefne interesy, na których traci. W zasadzie żyją od kredytu do kredytu, co do Izabeli nie dociera.
Rzecki – dawny partyzant drugiej konspiracji, wciąż wspominający walki z komuną i wierzący, że wstąpienie do UE zbawi Polskę.
I naprawdę nie trzeba bardzo zmieniać dialogów i fabuły, żeby wszystko trzymało się kupy. Bo „Lalka” to ponadczasowa opowieść o ambicji i pogardzie, aktualna także dziś. Bez potrzeby „uwspółcześniania” jej wulgaryzmami.

P.S.
Moja śp. mama mówiła, że jeśli nie potrafisz powiedzieć tego, co chcesz powiedzieć, bez bluzgu, to jesteś prostak.
Autor: Skipper
Zostaw komentarz