Pamiętam dzień, w którym zostałem poproszony o opisanie losów Józefa Staręgi. Dziś już dorosły człowiek jako dziecko, będąc na obozie, usłyszał historię, która zrobiła na nim ogromne wrażenie. Niestety, z biegiem lat jej szczegóły zatarły się w pamięci. Szukałem, sprawdzałem, przeglądałem dostępne informacje. Bez skutku.

Po kilku tygodniach poszukiwań studiowałem już akta. Nie wiedziałem wtedy, że podczas kolejnej rozmowy powierzy mi historię która leżała mu na sercu od wielu lat. Poszukiwał swojej babci. Kobiety, która zaginęła podczas wojny. Szukał w dokumentach, pytał, sprawdzał. Wszystkie instytucje, do których trafiał, rozkładały ręce. W księgach parafialnych i urzędach kobieta jakby nie istniała. Nie chciał nagłaśniać sprawy publicznie ze względu na sytuację rodzinną. Poprosił mnie o pomoc. Obiecałem, że spróbuję. Przy niemal każdej naszej rozmowie telefonicznej temat pojawiał się na nowo. Wciąż to samo pytanie. Co się z nią stało?

Kilka miesięcy temu zakończyliśmy kolejną pogawędkę. Było już grubo po północy. Odłożyłem telefon i nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie człowieka, którego znam z tamtych stron. Pasjonata, który od lat zbiera wspomnienia. Zobaczyłem, że jest jeszcze dostępny na komunikatorze. Zadzwoniłem. Bez większej nadziei opowiedziałem mu całą historię. Poprosił, żebym dał mu kilka minut. Po chwili telefon zadzwonił ponownie.
Odnalazł zapiski zawierające dotyczące naszej rozmowy. Według relacji wszystko rozegrało się w 1942 lub 1943 roku. Kobieta miała wyróżniać się niezwykłą urodą. Powtarzano, że nie było we wsi mężczyzny, który nie obejrzałby się za nią. Kiedy rozpoczęły się wywózki na roboty przymusowe do III Rzeszy, jej nazwisko znalazło się na liście osób przeznaczonych do wyjazdu.
Miejscowy, kulejący żandarm zapewniał ją, że nie trafi do transportu, ponieważ miała pracować jako sprzątaczka w biurze. Stało się jednak inaczej. W ostatniej chwili dołączono ją do listy robotników przymusowych. Wśród mieszkańców powtarzano, że Niemcy chcieli ją zgermanizować, obiecywali jej lepsze życie i planowali, aby urodziła dzieci uznawane za niemieckie. Plotka głosiła, że na listę osób wywożonych miała trafić z powodu zazdrości kobiet z okolicy, które nie potrafiły pogodzić się z jej urodą.

Wszystko zaczynało układać w spójną całość. Postanowiłem sprawdzić niemieckie archiwa dotyczące robotników przymusowych wywiezionych do III Rzeszy. Wtedy nastąpił ten moment.
BINGO. BYŁA TAM. Kobieta o tym samym imieniu i nazwisku.Sprawdzałem jeszcze raz. Potem kolejny. Czy to możliwe? Czy po tylu latach naprawdę udało się odnaleźć ślad?

W kwietniu 1945 roku urodziła córeczkę. Wojna dobiegała końca, ale dla tysięcy ludzi jej skutki miały trwać jeszcze przez długie lata. Rodziny były rozdzielone, ludzie znajdowali się setki kilometrów od domów, a niektórzy nigdy nie odnaleźli drogi powrotnej. Nazwisko było na tyle rzadkie, że występowało przede wszystkim w okolicy, z której pochodziła zaginiona. W sprawę zaangażowało się grono znajomych wnuka. Każdy szukał na własną rękę. Kilka dni temu otrzymałem wiadomość. Akt zgonu został sporządzony w Tomaszowie Mazowieckim.

Byliśmy coraz bliżej.
Po tylu latach pojawił się kolejny ślad. Pozostało tylko ustalić, gdzie została pochowana. I znów zaczęły się schody. W urzędzie stanu cywilnego nie było informacji o miejscu pochówku. Informacje o osobie zgłaszającej zgon mogły zostać udostępnione wyłącznie uprawnionej rodzinie. Z racji że człowiek ten sprawuje opiekę nad chorą osobą uniemożliwiało mu to przejechanie ponad 400 kilometrów. Sytuacja wydawała się patowa. Tyle miesięcy poszukiwań, tyle pytań, tyle wysiłku. I kiedy wydawało się, że jesteśmy już na końcu drogi, zabrakło ostatniego elementu. Zadzwoniłem na jeden z cmentarzy parafialnych. Bardzo miły ksiądz poprosił, żebym zostawił numer telefonu. Po około pół godzinie oddzwonił. Niestety. Takiej osoby nie było w ewidencji tego cmentarza. Babcia mogła umrzeć w Tomaszowie Mazowieckim, ale zostać pochowana w innym miejscu w Polsce, a nawet za granicą. Kolejny telefon na cmentarzu komunalny. Dane które otrzymałem były pisane ręcznie. Nie wiedziałem że zniekształcam delikatnie nazwisko. Pani sprawdziła komputerową ewidencję. Niestety przykro mi nie figuruje Już po raz kolejny wydawało się, że trafiłem na mur.

Wtedy usłyszałem. Proszę chwilę poczekać. Sprawdzę jeszcze w księgach. Minuty ciągnęły się jak godziny.
Po chwili pani ponownie zapytała o nazwisko. Czy aby na pewno jest poprawne? Poprosiła o datę urodzenia i datę zgonu. Podałem wszystkie informacje, które udało mi się wcześniej ustalić. Cisza. Czekałem, nie wiedząc, czy za chwilę znów usłyszę, że niczego nie znaleziono. Wtedy okazało się, że wszystkie dane się zgadzają. Znalazłem ją.

Po tylu miesiącach poszukiwań, setkach pytań, telefonach i kolejnych zamkniętych drzwiach wreszcie udało się odnaleźć grób. Nie potrafię opisać emocji, które towarzyszyły mi w tamtej chwili. Wiedziałem tylko jedno. Muszę natychmiast zadzwonić.

„MAMY JĄ. ODNALEŹLIŚMY TWOJĄ BABCIĘ”.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Kilka sekund, które wydawały się trwają wieczność. Nie wierzył. .
Trudno mu się dziwić. Przez tyle lat próbował odnaleźć odpowiedź. Tyle razy musiał pogodzić się z bezsilnością, tyle razy wydawało się, że już niczego nie uda się ustalić. Nagle usłyszał, że jego babcia ma swoje miejsce na ziemi. Zakończyłem połączenie. Czasami człowiek potrzebuje odrobiny samotności, żeby przyjąć do serca coś, na co czekał przez całe życie. Po kilku minutach telefon zadzwonił ponownie. Nie wiedział, co powiedzieć. Są chwile, w których słowa nie potrafią oddać tego, co dzieje się w człowieku. Chciał zobaczyć grób swojej babci. Obiecałem mu, że i to postaram się załatwić.

Wśród moich znajomych odnalazłem kogoś, kto mieszka w tamtej okolicy. Napisałem wiadomość i w kilku słowach opisałem o co chodzi. Po kilku minutach przyszła odpowiedź. Pojedzie na cmentarz i zrobi zdjęcia. Minęły dwadzieścia cztery godziny. Zdjęcia dotarły. Po raz pierwszy mógł zobaczyć grób swojej babci. Kobiety, o której nie zapomniał, choć upłynęły lata, a wojna dawno stała się historią zapisaną w podręcznikach.

Za tym zdjęciem kryły się miesiące poszukiwań, setki pytań, bezsilność i nadzieja.
Paweł Piechota , dziękuję Ci za to, co zrobiłeś. Za Twoją gotowość do pomocy, za empatię i serce.

Dziękuję wszystkim osobom prywatnym które zaangażowały się w poszukiwania zarówno w Stanach Zjednoczonych jak i w Polsce. Tym którzy kibicowali. Marysi, Grzeskowi, Arturowi i Sebastianowi. Księżom, urzędniczkom i urzędnikom urzędów stanu cywilnego.
Szczególne podziękowania kieruję do pani z biura cmentarza komunalnego w Tomaszowie Mazowieckim za niezwykle serdeczne podejście do sprawy, cierpliwość i pomoc. Piotrkowi z Łodzi za to że bez namysłu zadeklarował się że pomoże w dokumentacji nagrobka. Każdemu, kto poświęcił swój czas, sprawdził dokumenty, poszukał informacji lub przekazał choćby najmniejszy ślad

Pomogliście człowiekowi odnaleźć część własnej historii. Właśnie na tym polega największe dobro, jakie możemy zrobić dla drugiej osoby

Wiem, że kiedys wnuk l stanie przy grobie babci. Może będzie jechał w milczeniu. Może przez całą drogę będzie układał sobie w głowie słowa, które chciałby jej powiedzieć. Może pomyśli o tych wszystkich latach, kiedy nie wiedział, gdzie jej szukać. A kiedy dotrze na miejsce, stanie przed nagrobkiem kobiety, której nie mógł odnaleźć przez tak długi czas.

Może wyciągnie rękę i dotknie liter. Położy kwiaty. Zapali znicz i będzie patrzył na jego płomień.

A potem powie cicho.
„Babciu… odnalazłem Cię.
Wreszcie wiem, gdzie jesteś.
Tyle lat Cię szukałem. Tyle razy próbowałem dowiedzieć się, co się z Tobą stało. Nie wiedziałem, gdzie mam przyjść, aby zapalić co światło pamięci. Ale nigdy o Tobie nie zapomniałem”

Może nie powie niczego. Wystarczy mu cisza, kilka łez i płomień który będzie drżał na wietrze…

Autor: Jędruś Ciupaga