Kiedyś mówiono, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Patrząc na Unię Europejską ostatnich kilkunastu lat, można odnieść wrażenie, że drogowskaz ktoś po cichu przekręcił. Dziś coraz więcej europejskich dróg politycznych kończy się w Berlinie — albo prowadzi przez Berlin do Brukseli.

I nie potrzeba do tego teorii spiskowej. Wystarczy spojrzeć na biografię Angeli Merkel. Dorastała w NRD, zrobiła tam karierę naukową i pracowała w Akademii Nauk. Do polityki weszła podczas rozpadu systemu w 1989 roku przez Demokratyczny Przełom, a w 1990 roku znalazła się w CDU. Nie ma wiarygodnych dowodów, że była współpracowniczką Stasi czy KGB ani że znała wówczas Władimira Putina. Jest natomiast faktem, że była pierwszą osobą wychowaną w NRD, która stanęła na czele zjednoczonych Niemiec.

I właśnie za jej szesnastoletnich rządów Niemcy stały się jednym z najważniejszych politycznych centrów ciężkości Unii. Merkel w Parlamencie Europejskim mówiła o przezwyciężaniu „narodowych egoizmów”, wspólnym europejskim systemie azylowym, a nawet o stworzeniu „prawdziwej europejskiej armii”. To nie teoria przeciwników integracji. To jej własna wizja Europy przedstawiona w 2018 roku.

Potem pojawia się Ursula von der Leyen. Niemka. CDU. Minister w kolejnych niemieckich rządach, minister obrony za Merkel, a następnie przewodnicząca Komisji Europejskiej. Berlin zmienił się w Brukselę, ale personalna ciągłość niemieckiej polityki europejskiej jest trudna do przeoczenia.

I tutaj warto cofnąć zegar jeszcze bardziej. Do miejsca, które w tej historii pojawia się wyjątkowo często.

Drezno.

W latach 1985–1990 służył tam oficer KGB nazwiskiem Władimir Putin. Działał w państwie, w którym aparat bezpieczeństwa Stasi współpracował ze służbami ZSRR. Zachowała się nawet legitymacja Putina wystawiona przez Stasi, ułatwiająca mu dostęp do struktur MfS. Nie oznacza to oczywiście, że Putin „rządził NRD”. Pokazuje natomiast, jak blisko współpracowały oba aparaty bezpieczeństwa.

Nie ma dowodu, że Putin znał wtedy Angelę Merkel. Merkel pracowała w Berlinie Wschodnim, Putin siedział w Dreźnie. Nie ma również dowodu, że znał wtedy Gerharda Schrödera, który działał po drugiej stronie żelaznej kurtyny w RFN.

Ale historia lubi ironię.

Bo kilkanaście lat później Putin nie potrzebował już legitymacji Stasi, żeby wejść do niemieckiej polityki. Wystarczyły garnitur, gazociąg i czerwony dywan.

Gerhard Schröder jako kanclerz Niemiec stworzył z Putinem wyjątkowo bliską relację polityczną i osobistą. A po odejściu z urzędu przeszedł do struktur związanych z rosyjską energetyką. Został przewodniczącym komitetu akcjonariuszy Nord Stream, później przewodniczącym rady dyrektorów Rosnieftu.

I właśnie tutaj pojawia się człowiek, którego nazwisko powinno być znacznie szerzej znane: Matthias Warnig.

Były oficer Stasi.

Po upadku NRD Warnig zrobił błyskawiczną karierę w świecie finansów, pracował dla Dresdner Banku w Rosji, a później znalazł się w samym środku niemiecko-rosyjskiej współpracy energetycznej. Kierował Nord Stream AG, później Nord Stream 2 AG i zasiadał we władzach rosyjskich przedsiębiorstw. Jego późniejsza bliska relacja z Putinem jest dobrze udokumentowana. Sporne pozostaje natomiast, czy poznali się już w czasach KGB i Stasi w Dreźnie — Warnig twierdził, że dopiero w Petersburgu po upadku NRD.

I tego właśnie nie trzeba doprawiać żadną teorią spiskową.

Mamy byłego oficera KGB, który zostaje prezydentem Rosji. Mamy byłego oficera Stasi, który robi karierę w rosyjsko-niemieckim biznesie energetycznym. Mamy byłego kanclerza Niemiec, który po odejściu z urzędu trafia do struktur związanych z rosyjskimi koncernami i Nord Stream. Mamy gazociąg, który staje się symbolem strategicznego partnerstwa Berlina z Moskwą.

A nad wszystkim unosi się duch Drezna.

Nie dlatego, że istniał jakiś tajny „plan drezdeński”, którego realizatorzy przez trzydzieści lat cierpliwie przesuwali pionki po mapie Europy. Na to nie ma dowodów. Rzeczywistość jest ciekawsza: ludzie, instytucje i kontakty potrafią przeżyć systemy polityczne, które je stworzyły.

Mur berliński runął. Sieci kontaktów nie musiały runąć razem z nim.

I kiedy dziś ktoś pyta, jak Niemcy mogły przez lata zwiększać zależność od rosyjskiego gazu mimo ostrzeżeń państw Europy Środkowo-Wschodniej, odpowiedź nie wymaga KGB w piwnicy Bundestagu. Wystarczą konkretne decyzje kolejnych rządów, interesy gospodarcze i przekonanie, że handel z Moskwą będzie dla Niemiec korzystny.

Potem przychodzi kolejny rozdział.

Ursula von der Leyen. Była minister Merkel zostaje szefową Komisji Europejskiej. Europa słyszy o większej integracji, wspólnej polityce energetycznej, klimatycznej, migracyjnej, obronnej i gospodarczej. Merkel wcześniej mówiła o przezwyciężaniu „narodowych egoizmów”. Von der Leyen mówi o Unii jako odpowiedzi na największe wyzwania.

Przypadek? Oczywiście. W Brukseli wszystko jest przypadkiem.

Przypadkiem największa gospodarka Unii ma ogromną wagę polityczną. Przypadkiem niemiecka kanclerz przez szesnaście lat była centralną postacią europejskiej polityki. Przypadkiem jej minister została szefową Komisji. A kiedy kolejne decyzje przenoszone są z poziomu państwa na poziom europejski, zawsze można powiedzieć obywatelowi: spokojnie, to tylko „więcej Europy”.

Tyle że tutaj trzeba uważać na słowo socjalizm. Unia Europejska formalnie nie jest gospodarką socjalistyczną. Traktaty mówią o „wysoce konkurencyjnej społecznej gospodarce rynkowej”. Jednocześnie UE rozbudowała system regulacji dotyczących energii, klimatu, emisji, transportu, rolnictwa i wielu innych obszarów.

Dlatego ciekawsze pytanie brzmi: jak daleko społeczna gospodarka rynkowa może przesuwać się w stronę centralnego regulowania życia gospodarczego, zanim obywatel zacznie pytać, ile rynku zostało jeszcze w gospodarce rynkowej?

Bo kiedy polityka zaczyna określać, czym masz ogrzewać dom, jakie normy musi spełniać samochód, ile emisji może wytwarzać przedsiębiorstwo, jak powinna wyglądać transformacja energetyczna i jakie zobowiązania mają wykonywać państwa członkowskie, spór o granice kompetencji Brukseli staje się całkowicie realny.

Największy paradoks polega na czymś innym.

Europa Zachodnia przez dziesięciolecia przekonywała mieszkańców Europy Wschodniej, że jej przewaga polega na wolności jednostki, konkurencji, przedsiębiorczości i ograniczeniu politycznego sterowania gospodarką.

A trzy dekady po upadku komunizmu człowiek z Polski, Czech czy dawnej NRD może patrzeć na kolejne setki stron regulacji i zapytać:

Chwileczkę. Czy my przypadkiem już kiedyś nie żyliśmy w systemie, w którym urzędnik zawsze wiedział lepiej?

Oczywiście Bruksela nie jest Moskwą. Komisja Europejska nie jest Komitetem Centralnym. Unijne regulacje nie czynią z UE Związku Radzieckiego. Porównywanie demokratycznej UE jeden do jednego z sowieckim totalitaryzmem byłoby historycznym nonsensem.

Ale satyra zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się takie porównanie.

Obywatel słyszy: więcej regulacji — dla wolności. Więcej wspólnych decyzji — dla demokracji. Więcej kompetencji europejskich — dla skuteczności. Więcej instytucji — dla uproszczenia. A jeśli zapyta, czy może chciałby trochę mniej, zawsze znajdzie się ktoś gotowy wytłumaczyć mu, że jeszcze nie dorósł do „więcej Europy”.

I dlatego warto patrzeć na Berlin.

Nie dlatego, że pod Bramą Brandenburską znajduje się tajna centrala sterująca Europą. Niemcy nie podejmują samodzielnie decyzji UE. Uczestniczą w nich wszystkie państwa członkowskie, Rada, Parlament i Komisja.

Ale kiedy spojrzymy na ostatnie trzy dekady, zobaczymy niezwykłą panoramę.

Drezno — Putin i KGB.

Berlin — Schröder i Merkel.

Moskwa — gaz i wielkie interesy.

Bałtyk — Nord Stream.

Bruksela — von der Leyen i dalsza integracja.

Nie jest to jeden spisek. Nie jest to jedna organizacja. Nie jest to nawet jedna ideologia.

To historia interesów, biografii, instytucji i politycznych decyzji, które czasami przecinają się w miejscach, których historia nie wymyśliłaby lepiej.

Kiedyś wszystkie drogi prowadziły do Rzymu.

Dzisiaj europejska mapa wygląda trochę inaczej.

Nie wszystkie drogi prowadzą do Berlina. Ale zadziwiająco wiele z nich albo tam się zaczyna, albo ma tam przesiadkę. A niektóre — zanim dotarły do Berlina — przejechały jeszcze przez Drezno i Moskwę.