Europa miała być projektem wielkiej solidarności. Wspólnotą państw, które razem będą silniejsze, bogatsze i bezpieczniejsze. Miała łączyć, a nie dzielić. Miała być przestrzenią wolności, rozwoju i rozsądnej współpracy.
Dzisiaj coraz częściej można odnieść wrażenie, że coś poszło nie tak.
Europa tonie. W migracji, w rosnących kosztach energii, w zadłużeniu, w biurokracji i przede wszystkim w przekonaniu, że polityczne hasło może zastąpić rzeczywistość.
A na środku tego europejskiego bajora stoi Berlin.
I mówi wszystkim, jak w nim pływać.
Kiedy Merkel w 2015 roku doprowadziła do kryzysu migracyjnego w Niemczech skandowali słynne hasło „Wir schaffen das”, czyli „damy radę”. Nie dali rady i problemy które stworzyli przerzucili na innych.
Czy można prowadzić politykę migracyjną bez uwzględniania możliwości integracyjnych, bezpieczeństwa i kosztów ponoszonych przez poszczególne państwa?
Bo solidarność jest pięknym słowem. Tylko że solidarność bez granic odpowiedzialności bardzo szybko może zamienić się w rachunek wystawiony obywatelom.
Drugi wielki europejski eksperyment to energetyka.Znowu oni.
Niemcy postawiły na Energiewende. Odeszły od atomu, rozwijały OZE, jednocześnie przez lata korzystały z rosyjskiego gazu.
Ostatnie niemieckie elektrownie atomowe zostały wyłączone 15 kwietnia 2023 roku.
A potem przyszedł rachunek. Kraj znalazł się w ścisłej czołówce państw UE pod względem wysokich cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych.
I wtedy pojawia się pytanie:
Czy naprawdę rozsądne jest zamykanie jednych źródeł energii, zanim zapewni się wystarczająco stabilne i konkurencyjne źródła zastępcze?
Bo wiatr nie pyta przemysłu, kiedy ma wiać.
Słońce również nie pyta, kiedy fabryka potrzebuje energii.
A gospodarka potrzebuje prądu przez całą dobę.
Dlatego transformacja energetyczna może być konieczna, ale sposób jej przeprowadzenia jest już kwestią politycznego wyboru i rachunku ekonomicznego.
I właśnie ten rachunek powinien być przedstawiany obywatelom bez propagandowej zielonej ściemy.
Największym problemem niemieckiej polityki energetycznej nie było samo korzystanie z gazu.
Problemem była skala uzależnienia od jednego dostawcy.
Nord Stream stał się symbolem tej polityki. Niemcy przez lata budowały swoją energetyczną strategię w oparciu o rosyjski gaz, podczas gdy część Europy Środkowej ostrzegała przed konsekwencjami takiej zależności.
Po rosyjskiej agresji na Ukrainę sytuacja zmieniła się całkowicie.
Nagle okazało się, że tani rosyjski gaz nie jest tylko kwestią biznesu.
Jest również kwestią bezpieczeństwa.
I tutaj historia wystawiła Berlinowi rachunek, którego nie dało się już schować pod dywan.
I właśnie dlatego coraz częściej pojawia się pytanie o charakter samej Unii.
Czy to nadal wspólnota równych państw?
Czy może coraz bardziej system, w którym największe gospodarki wyznaczają kierunek, a reszta ma się dostosować?
Bo kiedy Berlin mówi o europejskiej solidarności, warto zapytać:
Kto podejmuje decyzję i kto ponosi jej koszty?
Kiedy mówi o migracji, kto bierze odpowiedzialność za bezpieczeństwo?
Kiedy mówi o energetyce, kto płaci rachunek?
Kiedy mówi o transformacji przemysłowej, kto korzysta na nowych regulacjach?
To są normalne pytania w demokracji.
Nie trzeba być przeciwnikiem Unii, żeby je zadawać.
I na koniec polska scena polityczna.
Czarzasty zachwycony Unią.Bo Unia piękna.Bo Europa.Bo nowoczesność.
I człowiek patrzy na tę całą europejską opowieść i myśli:
Z takiej Unii Czarzasty się cieszy, bo mu nawet kibel wybudowali i już nie musi srać w polu. Tylko Europa to nie jest toaleta.
Europa to bezpieczeństwo.
Europa to energia.
Europa to granice.
Europa to przemysł.
Europa to konkurencyjność.
Europa to także zdolność do powiedzenia Niemcom:
Nie wszystko, co dobre dla Berlina, musi być dobre dla Warszawy, ale Tusk tego nie powie
I może właśnie od tego trzeba zacząć.
Nie od pytania, czy Europa ma istnieć.
Tylko od pytania:
Jaka Europa ma istnieć?