Wydanie listu żelaznego dla Marcina Romanowskiego wbrew sprzeciwowi prokuratury to podręcznikowy przykład na to, jak prawo potrafi spłatać figla własnym twórcom.
Trudno bowiem o większą ironię losu: podejrzany staje się beneficjentem tego, że sąd po prostu odmówił zastosowania przepisu, który środowisko polityczne Romanowskiego i Zbigniewa Ziobry samo wprowadziło do kodeksu w 2016 roku.
Mowa o art. 281 § 2 k.p.k., który dał prokuratorowi prawo zawetowania decyzji sądu o wydaniu listu żelaznego na etapie śledztwa. Przez lata pisano prawo pod dyktando „silnego oskarżyciela”, ignorując fakt, że prokurator jest w procesie tylko jedną ze stron. Gdy strona może arbitralnie związać ręce niezawisłemu sędziemu w kwestii dotykającej wolności jednostki, narusza to fundamenty rzetelnego procesu, zasadę równości broni i konstytucyjne prawo do sądu (art. 45 Konstytucji).
Warszawski sąd zrobił więc to, co powinien zrobić sąd w państwie prawa – dał prymat Konstytucji nad wadliwą ustawą. I choć politycznie może to budzić zrozumiałe emocje, to dogmatycznie obrona standardów konstytucyjnych musi działać wobec każdego, bez względu na nazwisko i legitymację partyjną.
Ten przypadek unaocznia jednak znacznie głębszy, systemowy problem. Fakt, że sądy powszechne coraz śmielej sięgają po rozproszoną kontrolę konstytucyjności i same decydują o pomijaniu ustaw, to bezpośredni skutek wieloletniej dewastacji i upolitycznienia Trybunału Konstytucyjnego. Kiedy centralny sąd konstytucyjny traci powagę, zaufanie i status niezależnego arbitra, sędziowie w całej Polsce po prostu muszą wziąć ciężar ochrony Konstytucji na własne barki. Próżnia ustrojowa nie znosi bezruchu.
Stąd coraz głośniejszy staje się postulat likwidacji fasadowego dziś TK i zastąpienia go wyspecjalizowaną izbą w Sądzie Najwyższym, na wzór modeli w pełni zintegrowanych z sądownictwem powszechnym. Pomysł jest logiczny, bo powierza badanie prawa sędziom z krwi i kości, a nie partyjnym nominatom. Warto jednak pamiętać o przestrodze: zmiana szyldu i przeniesienie kompetencji z alei Szucha na plac Krasińskich samo w sobie nie uzdrowi systemu, jeśli na nowo nie odbudujemy kultury prawnej i ponadpartyjnego porozumienia co do sposobu wyłaniania sędziów.
Dziś wymiar sprawiedliwości zdał trudny egzamin z bezstronności, chroniąc procedurę nawet przed tymi, którzy sami próbowali ją psuć. Ale w dłuższej perspektywie kraj, w którym każdy sędzia musi na własną rękę „naprawiać” ustawy Konstytucją, płaci wysoką cenę w postaci braku pewności prawa. Czas więc na gruntowne, ustrojowe porządki.
Zastanawiam się też gdzie są dzisiaj wszyscy ci prawicowi publicyści, co to bili brawo, kiedy PiS demolował porządek prawny?
Są dokładnie tam, gdzie byli – tylko że teraz bez mrugnięcia okiem używają języka i argumentów tych, których przez lata odsądzali od czci i wiary.
Obserwujemy dziś w mediach zjawisko absolutnego, publicystycznego recyklingu. Ludzie, którzy dekadę temu pisali peany na cześć „sprawczości państwa”, „walki z prawniczym imposybilizmem” i bez mrugnięcia okiem popierali podporządkowywanie sądów woli prokuratora, dziś nagle odkryli urok Karty Praw Podstawowych i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, subtelności immunitetów międzynarodowych (jak przy ZPRE), uświęconą zasadę domniemania niewinności, a w sprawach takich jak list żelazny – potrzebę ochrony obywatela przed „opresyjnym aparatem państwa”.
Żaden z nich nie uderzy się w pierś ani nie powie: „stworzyliśmy autorytarny instrument, który teraz uderza w nas, więc dobrze, że sędzia okazał się mądrzejszy od naszego kodeksu”.
Zamiast tego dominuje mechanizm wyparcia i symetrii. Gdy prawo naginano za czasów Ziobry, nazywali to „reformą i wolą suwerena”. Gdy dzisiaj sądy stosują Konstytucję wprost, by ratować elementarne standardy – w prawicowych mediach przedstawia się to albo jako dowód na „polityczną wendettę nowej władzy”, albo jako rzekomą hipokryzję „kasty sędziowskiej”.
Najbardziej uderza w tym całkowity brak elementarnej pamięci instytucjonalnej. Prawicowa publicystyka prawna zamieniła się w doraźny serwis prasowy: standard nie wynika z normy, tylko z tego, kogo w danej chwili wiozą do aresztu. Gdy to był polityczny przeciwnik – areszt wydobywczy i weto prokuratora były „twardą ręką państwa wobec elit”. Gdy dotyczy to ich własnych kolegów – te same instytucje nagle stają się „neosocjalistycznym bezprawiem”.
Ta amnezja jest wygodna, bo pozwala uniknąć najprostszego, ale najbardziej druzgocącego wniosku: państwo z tektury, które przez osiem lat budowano pod pozorem „walki z układem”, okazało się pułapką przede wszystkim dla swoich własnych architektów. A ocalić ich przed nimi samymi mogły tylko te resztki praworządności i niezależności sędziowskiej, które do 2023 roku próbowali zaorać.
Zostaw komentarz