Trochę mnie nie było, ponieważ kończę swoją kolejną książkę, której akcja dzieje się w Bieszczadach i na Podkarpaciu. Poniżej krótki fragment. Oczywiście, dobrze mnie znacie i wiecie, że wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
„Szczebrzyszynówka”
Wynajęliśmy domek w małej wsi, który nosił nazwę na cześć jego właściciela Krzysztofa Szczebrzyszyna, szumną nazwę „Szczebrzyszynówka”. Nasz nowy „ovner” jak kazał się do siebie zwracać, nie mieszkał na stałe w Polsce, tylko udał się ze swoją rodziną za chlebem do Norwegii, gdzie jak twierdził, pracował jako kierowca Tira. Jego żona, zgodnie z zapewnieniami, pełniła odpowiedzialną funkcję kierownika sali, w jednej z bardziej ekskluzywnych restauracji miasta Horten. Prawda jednak była zgoła inna, ponieważ Krzysztof, zajmował się w Norwegii sprzątaniem zbiorników na norweskiej farmie rybnej, a jego żona Diana, pracowała jako pomoc w hotelowej pralni. Liczne potomstwo tej pary, uczęszczało do polsko-norweskiej szkoły, która w swoim programie miała nauczanie przystosowania do życia w społeczeństwie, dzieci o lekkim i ciężkim poziomie niedorozwoju umysłowego.
Oboje z żoną, byli osobami nienachalnymi z urody, z większym ukłonem w stronę Diany, u której szalę goryczy przelewała otyłość kliniczna, przekazana wraz z dominującymi genami gromadce wspólnych dzieci. W Norwegii, ta urocza rodzinka, mieszkała na tak zwanym „socjalu”, czyli w mieszkaniu udostępnianym przez władze miasteczka Horten osobom, które co tu dużo mówić – nie bardzo radzą sobie w życiu. Tak więc oboje państwo Szczebrzyszyn, będąc w Norwegii regularnie pomiatani i uważani za zera totalne, po powrocie do ojczyzny stawali się „ovnerami” posiadłości Sczebrzeszynówka. W Polsce, radośnie spędzali urlop szusując na stokach hotelu „Arłamów” lub zażywając kąpieli słonecznych na plaży przed hotelem „Grand” w Sopocie. W ten sposób, rekompensowali sobie miesiące spędzone w Norwegii wśród smrodu krochmalu hotelowej pralni i zapachu ryb przynoszonym do domu na każdym centymetrze ciała.
Posiadłość „Szczebrzyszynówka” liczyła sobie powierzchnię sześciu arów, ogrodzonych zewsząd siatką leśną fi dziesięć. Na działce, stał parterowy dom o powierzchni trzydziestu metrów kwadratowych oraz stodoła o powierzchni dwustu metrów kwadratowych.
Posiadłość tę, odziedziczył Krzysztof po swoich zmarłych rodzicach, którzy trudnili się zawodowo chlaniem wódy, wydając przy tym na świat kolejnych potomków w ilości dziewięciu sztuk, rodzonych w fazie głębokiego upojenia alkoholowego obojga rodziców. Wobec tego faktu, wszyscy, spośród sześcioosobowego pozostałego przy życiu rodzeństwa, nie grzeszyli intelektem.
Nic więc dziwnego, że Krzysztof mienił się pozostałym braciom i siostrom jako człowiek sukcesu. Piszę o pozostałym przy życiu rodzeństwie, ponieważ pewnej bieszczadzkiej zimy, jednego z braci zabrała śmierć, kiedy najebany zasnął przed domem na śniegu, najmłodszy z braci zginął pod torami Bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej a najstarsza z sióstr, jak wyszła z domu wiosną 1979r. tak słuch po niej zaginął.
Krzysztof z Dianą podczas swoich urlopowych pobytów w Polsce, nie omieszkiwali zaglądnąć do Szczebrzyszynówki by jako „ovnerzy”, skontrolować czy najemca odpowiednio przyciął trawnik i czy ilość zalecanego przez nich stężenia glifosatu w glebie została zachowana na pożądanym poziomie.
Podczas obchodu po posiadłości z przyjemnością opowiadali o swoich sukcesach na polu zawodowym oraz prywatnym, chwaląc się wysokością swoich zarobków oraz pokazując na smartfonie zdjęcia jakiejś bajecznej posiadłości z basenem. Krzysztof, na chwilę zatrzymywał się pod płotem od południowej strony działki, gdzie roniąc łzę przyklękał. Było to bowiem miejsce, w którym jego rodzice odnaleźli ciało zamarzniętego brata, kiedy zorientowali się po tygodniu, że przed chwilą wyszedł z domu.
Wszystko to, działo się wśród wtórów słodkiej gromadki urwisów, wypowiadających słowa w niezrozumiałym bełkocie polsko-norweskim.
Po wizycie w posiadłości, pozostawało jeszcze zapalenie znicza na ostatniej stacji bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej oraz modlitwa w kościele w Lutowiskach, w intencji odnalezienia zaginionej siostry.
Fragment książki „Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady”.
Autor: Nina Bojarska
Autorka książek „Zdrowi z Natury” oraz „Piękni z Natury”. Redaktor naczelna portalu Miś ę chce Bieszczad. Od wielu lat na stałe współpracuje z magazynem Żyj Naturalnie. V-c prezes Fundacji Zdrowi z Natury.
Copyright : Nina Bojarska
Zostaw komentarz