Będzie łopatologicznie, bo inaczej nie trafia. Część II.

Słyszę z ust fanatycznych wyznawców koncepcji Giedroycia (sam się do spuścizny Giedroycia poczuwam, ale nie lubię doktrynerstwa), że Łukaszenka zawsze był i jest w pełni zależny od Rosji i że armia białoruska i rosyjska to jedno i to samo. Ergo – nie ma żadnej różnicy, czy Rosja się formalnie zjednoczy z Białorusią, czy też nie, bo i tak ją de facto kontroluje. To, że Łukaszence bliżej było, jest i będzie do Moskwy niż do Zachodu jest jasne. To, że siły zbrojne obu państw – szczególnie w zakresie systemu OPL – są mocno zintegrowane to też prawda. Ale czy aby na pewno to jest aż tak proste jak chcieliby niektórzy?

Aby odpowiedzieć na to pytanie cofamy się o 7 lat, do 2014 r., gdy po agresji Rosji na Ukrainę wybucha wojna ukraińsko – rosyjska. Przez cały okres wojny Kijów nigdy nie był bezpośrednio zagrożony nie tylko dlatego, że walki toczyły się na południowym wschodzie Ukrainy, ale również dlatego, że nawet gdyby wybuchły na północnym odcinku granicy to armia rosyjska miałaby do Kijowa nadal ca. 400 – 500 km (atakowałaby, z racji na warunki terenowe raczej od strony Kurska, a nie z tego miejsca na samej północy, gdzie terytorium Rosji graniczy z Ukrainą i Białorusią). Przez cały okres działań wojennych Ukraińcy mieli pewność, że zagrożenia ze strony Białorusi nie ma.

Jeśli jednak Rosja wchłonie Białoruś to do Kijowa od strony obecnej Białorusi będą mieli już tylko nieco ponad 100 km, a co ważniejsze będą mogli wziąć miasto w kleszcze atakując je zarówno ze wschodu, jak i od strony zachodniej, co oznacza, że nie będą musieli też forsować Dniepru. Strategicznie pogranicze białorusko – ukraińskie nie jest oczywiście sprzyjające dla sił zmechanizowanych czy też pancernych (Polesie), ale przy ataku z różnych kierunków nie ma potrzeby przerzucania wielkich sił jednym kanałem przerzutowym. Nie wspomnę już o tym, że w razie wchłonięcia Białorusi przez Rosję Ukraina mogłaby zostać zaatakowana ze wschodu, z północy, z południa (desant) i z południowego Zachodu z terytorium Naddniestrza.

Kontrargument, że Rosjanie by zaatakować Ukrainę nie muszą pytać Łukaszenki o zdanie jest demagogiczny, bo czym innym jest mieć siły na granicy, a czymś zupełnie innym jest musieć je najpierw do danego punktu przerzucić, czego w dobie zwiadu satelitarnego skrycie zrobić się po prostu nie da.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)