O tym, że poruszający się: kołysząc się z boku na bok, dosyć groteskowo wyglądający, niski człowieczek … jest autorem obscenicznych rysunków- dowiedziałem się po pierwszej wystawie, na której prezentowałem prace pacjentów, którzy w powszechnej opinii zaliczali się do ciężkich przypadków chronicznych i… nic, a nic już po nich nie można było się spodziewać.
Wkrótce dostarczono mi karteluszki kratkowanego papieru ,na którym dwukolorowym ołówkiem, nie kredką, ale ołówkiem- niebiesko-czerwonym, (były takie popularne za PRLu) narysowane były przeróżne sceny kopulacyjne i defekacyjne. Kreska była ciągła, konturowa, wzięta jakby z ilustracji zamieszczanych w popularnym w owym czasie tygodniku satyrycznym ”Karuzela”, którego Henel był zachłannym czytelnikiem. Obrazowane stosunki odbywały się przeważnie od tyłu, według schematu przedstawiającego … chuderlawo wyglądającego mężczyznę, który monstrualnie wielkim prąciem — zaspokajał swoje seksualne potrzeby we wdziękach dwa, albo nawet trzy razy większej od niego, o obfitych kształtach, – zażywnej jejmości.
On był nagi, ona natomiast ubrana była w bieliznę popularną wśród ludu — zgrzebną koszulę bez rękawów, zachęcająco podciągnięta i udrapowaną.
Owe karteluszki- świntuszki krążyły po pokojach, w których biesiadował – wyręczany przez pacjentów z obowiązków utrzymania czystości niższy personel szpitalny salowe i salowi – wywołując u nich rumieńce na twarzach i chutliwe chichoty.
W innych scenach: bardzo rosła kobieta, stojąc w rozkroku z podkasana do góry koszulą – oddawała mocz prosto w otwarte usta leżącego, cherlawego mężczyzny, lub załatwiała się do naczyń kuchennych, garnków czy patelni wydalając z siebie – przypominający kule armatnie kał, którego trajektoria lotu była zaznaczana przerywanymi kreskami.
Same rysunki nie miały w sobie żadnej oryginalności, mieściły się: w popularnej do dzisiaj estetyce szaletowej- w stylu, który naukowo określa się koprografią.
Wykonane były przez autora z mozołem. To rzucało się od razu w oczy. Henel starł się dosłownie odwzorowywać technikę, wziętą z pisma z karykaturami dodając do tego swoją erotyczną kanwę. Ale tak naprawdę to Henel -nie lubił rysować. Potem kiedy odkrył możliwości, jakie dawała mu fotografia, i tworzenie, jakby to dzisiaj określić – instalacji typu: performance z „ruchającymi” się na różne sposoby lalkami – rysowania na karteluszkach zupełnie zaniechał. A kiedy już zajął się wiązaniem dywanów – projekty do nich tworzył tygodniami. Karteluszki były mu potrzebne do snucia seksualnych fantazji…
Marian Henel pojawił się w mojej pracowni dopiero wtedy, kiedy na skutek reorganizacji – zlikwidowano szpitalną tkalnię, w której od lat pracował. Wcześniejsze próby zwabienia go do pracowni spełzały na niczym. W tkalni zajmował się wyrabianiem na krosnach: grubych, szorstkich, oznakowanych po obu stronach niebieskimi pasami bawełnianych i lnianych tkanin, z których potem szyto bieliznę szpitalną.
Marian Henel liczył wtedy czterdzieści parę lat, miał około 150 cm wzrostu, ważył, tak na oko oceniając …o 20 kg za dużo. Twarz miał owalną, rozszerzoną nabrzmiałymi policzkami. Prosta grzywka fryzury strzyżonej, jak u średniowiecznych mnichów na rondel, przykrywała mu niskie czoło. Jak go poznałem włosy miał kruczo- czarne. Szyi u niego, tak naprawdę w ogóle nie było widać. Głowa jego osadzona była pękatym tułowiu o krótkich nogach, miał dosyć długie ręce. Całą posturą przypominał bardziej wyrośniętego krasnoludka z klechdy, niż opętanego namiętnościami demona seksu. Śmiało mógł uchodzić za dobrotliwego, pociesznego skrzata, żeby nie jego twarz — o urodzie eskimoskiej kobiety: wąskie, zaciśnięte do dołu, w grymasie wiecznego niezadowolenia — usta. Nadmiernie mrugał przy tym czarnymi, lekko skośnymi oczyma. Idąc- wypinał swój tyłek niczym owadzi odwłok. Do przodu przy tym wysuwał głowę tak, że wyglądał na pochylonego, jakby do zadania ciosu „bykiem”. Kołysał się przy tym jak kaczka na boki, a w chwilach zadowolenia — klepał się w zadek. Ubierał się w coś, co było bardziej kaftanem niż bluzą, do tego nosił bardzo szerokie, przypominające długą spódnicę spodnie.
Przy pasie dyndał mu pęk kluczy. Atrybut niesłychanego w stosunku do pacjenta wyróżnienia. W szpitalu wszystko było bowiem pozamykane na dwa podstawowe klucze: ”trójkę” i ”czwórkę”, oraz inne zamykające już bardziej zindywidualizowane zamki.
Wyraźnym oznaczeniem człowieka, spoza granicy życiowego upadku, jakim było niewątpliwie zamknięcie go w szpitalu dla wariatów były klucze. Klucz trójka zwana także „bramką” – otwierał drzwi wejściowe do pawilonów i oddziałów i do ogródków, które były starannie okolone żywopłotem, maskującym wysoką siatkę ogrodzeniową z wąską furtką pośrodku. ”Czwórka” natomiast była kluczem do dyżurek pielęgniarskich, kuchenki oddziałowej, gabinetów lekarskich i kratowanych przepierzeń w korytarzach itp.
Nie posiadając kluczy …byłeś nikim, nie mogłeś się wydostać, nie mogłeś wyjść – nie mogłeś wejść. Byłeś zdany na łaskę innych. Byłeś po prostu zwykłym pacjentem. Żeby wejść w posiadanie owych kluczy, Henel musiał roztoczyć całą pajęczynę działań korumpujących — personel. Mieściły się w nich również te, rysowane w celu rozbawienia szpitalnej gawiedzi karteluszki i uczynność, służalczość, donosicielstwo, drobne upominki, a nawet pożyczki pieniężne udzielane salowym, które zazwyczaj nie były mu zwracane.



Zostaw komentarz