Pewien czas temu napisałem krótką notatkę poświęconą temu, jak poczucie racjonalności jest w istocie nieracjonalne. Że jest pewnym konstruktem, utrwalającym sukcesywnie kolejne błędy poznawcze.

Podczas dalszej lektury Taleba, natknąłem się na podobne stwierdzenie. Co godne odnotowania, to towarzyszące mu matematyczne uzasadnienie.

Autor porusza kwestię pozornie skutecznych heurystyk – oferujących względnie stabilne, długookresowe wzrosty, obarczone jednak mikroskopijnie małym i zarazu pomijalnym ryzykiem katastrofalnego niepowodzenia. Przykładem może być na przykład przechodzenie przez jezdnię w losowych miejscach. Korzyść jest namacalna – oszczędzamy czasu i drogi, a przecież ryzyko potrącenia przez samochód jest niewielkie. Dopiero gdy faktycznie się przytrafia – wszyscy po facie zachodzą w głowę – po co ofiara przebiegała w niedozwolonym miejscu przez jezdnię?

Podobnych ryzyk jest mnóstwo, a znaczna część odpowiada za różne tabu i zachowania czasem piętnowane jako irracjonalne: tylko dlatego, że ich skala czasowa wykracza poza ramy jednostkowego pojmowania. Wiele zakazów i nakazów religijnych ma taką naturę.

Wiele patologii bierze się z lekceważenia tego rodzaju ryzyk. Typowy przykład to inwestowanie w ryzykowne narzędzia finansowe, które przez wiele lat przynoszą korzyści… aż do krachu. Kolejnym przykładem kumulującego się ryzyka, może być na przykład wpływ organizmów transgenicznych na środowisko naturalne, zanieczyszczenie pestycydami i herbicydami, a także – globalne ocieplenie, które postępuje w sposób niemal niezauważalny, podczas gdy korzyści z ignorowania ryzyka z nim związanego są natychmiastowe i namacalne.

Można zaryzykować tezę, że wiele chybionych agend politycznych jest umocowana właśnie w poczuciu fałszywej racjonalności. Skoro przez X lat odczuwamy korzyści np. z polityki migracyjnej, to powinniśmy ją przecież kontynuować, ignorując ryzyko wywołania tragicznego w skutkach „czarnego łąbędzia” w postaci konfliktu etnicznego, nieprawdaż?
Porównanie na ile racjonalna jest linia trendu wyznaczona przez niedawne pozytywne doświadczenia, a jaka jest linia optymalna, uwzględniająca katastrofy „których nikt nie mógł się spodziewać” definiuje rozdźwięk między racjonalnością rzeczywistą, choć nieoczywistą, a wyobrażoną. Nie jest to sprawa łatwa obliczeniowo – należałoby uwzględnić okresy „ciszy”, sumę wzrostów, a także skalę katastrofy, przemnożoną przez liczbę ludzi, jakich dotyka.

Jeśli dorzucimy do tego inne zachowania – racjonalizację, naśladownictwo, konflikt interesu prywatnego i społecznego, transfer ryzyka, odroczenie ryzyka, odroczenie kosztów – powinniśmy zauważyć, że w istocie jesteśmy dziećmi we mgle, które nieustanie balansują nad krawędzią przepaści.
Nikt nie ma szklanej kuli. Nie możemy ocenić, jak wielka katastrofa czai się za rogiem, ani czy rozwiązanie, które wydaje się słuszne – nie sprowadza jeszcze większych problemów, których nie dostrzegamy.

Siłą rzeczy, doraźnie ratujemy się – na miarę możliwości – przed najbliższymi kłopotami.
Teoretycznie optymalną strategią byłoby zachowywanie się zgodnie z regułami sprawdzonymi historycznie. Te jednak podpowiadają, że stagnacja jest drogą do porażki. Owszem sięgamy po zaawansowane rozwiązania, jaki np. modelowanie niepewności, ale w dalszym ciągu to bardziej iluzja kontroli. Na końcu i tak trzeba przyznać – wiem, że nic nie wiem. Jesteśmy więc zmuszeni do re-definiowania siebie na nowo i smakowania goryczy porażki.