Babcia czyli Zofia Romaszewska z domu Šipka, i jej siostra – Titka czyli Maria Šipka.

Kto i po co wyciął tylko kontur dziewczynek z tej fotografii, nie mam pojęcia. Pewnie ktoraś z nich, bo coś tam było co im sie nie podobało… W kazdym razie w tej formie przetrwało w pudełku po czekoladkach.

Dziewczynki z mieszczańskiej, wielodzietnej, warszawskiej rodziny, w miarę zamożnej i w miarę szcześliwej. O tyle tylko nietypowej, ze słowackiego pochodzenia po ojcu, kupcu galanteryjnym.
Miejsce zamieszkania najpierw ulica Kredytowa, potem Ogrodowa 56…

Po wojnie z tego wszystkiego nie zostało prawie nic – tylko one dwie i mały Zbyszek.
Młodsza siostra Halinka zginęła przy wybuchu pojazdu pułapki podczas Powstania, matka w Ravensbrück, ojciec zmarł na Słowacji, gdzie wyjechał wraz synem, brat Juraj z żoną i córką na Słowacji już został, mąż Zofii zginął w Sachsenchausen… Dom na Ogrodowej sie spalił.
Zamieszkały u wuja, brata matki, strawgo kawalera, urzędnika kolejowego, na Szmulkach, na ulicy Zachariasza. W jego delikatnie mówiąc mało luksusowej kawalerce, pokoju z kuchnią, bez łazienki, trójka dorosłych i chłopiec. Wujka Janka (tak zwanego, choć na imię miał Emil) już nie poznałam, ale doskonale pamiętam soboty i niedziele spędzane u babć. Gdzie mama albo tata dowozili mnie tramwajem 25.

Duży tapczan, na ktorym we dwie spały „na waleta” i ciężki, niezgrabny, najwyrażniej zrobiony przez domorosłego stolarza, rozkładany fotel, zwany nie wiedzieć czemu „kogutem”,na którym mnie układano do snu. Pomsrodku okrągły orzechowy (wiem że orzechowy, bo tak babcie mówiły, wszystkie te elementy minionej swietniści były dla nich bardzo ważne) stół, dookoła którego biegałam, wyobrażajac sie ze jestem Nel z „W pustyni i w puszczy”, mam febrę i biegam dookoła ogniska… Przy drzwiach balkonowych stała (orzechowa!) toaletka z lustrem, a za lustrem mieszkała dziewczynka, ktorą nazwałam Kasią i z którą się przyjażniłam. Wyglądała dokładnie tak samo jak ja… W wielkiej trzydrzwiowej, orzechowej szafie, Titka trzymała świąteczne buty, których prawie nigdy nie zakładała i było pudełeczko, gdzie babcie trzymaly „skarby”. W srebrnym kieliszku od wódki, w wacie była złota obrączka i złoty zębowy mostek. I jeszcze piękny duży, stary czeski pierścionek z granatami, z ktorych kilka wypadło. To wszystko co zostało z mieszczańskiej zasobności…
W pokoju stala jeszcze oczywiście palma.A w rogu wysoki, kaflowy piec. Rano, Titka wyskakiwała z łóżka i kiedy ja wychylałam nos spod kołdry, to już robiło sie ciepłej.
Myto mnie w kuchni, gdzie grzała sie woda. Były tam dwie miednice. Jedna biała wieeelka a w niej szara mniejsza. Z zamiłowaniem szorowałam po myciu tę szarą, mowiąc źe muszę ja wyszorować, żeby zbielała… Nie znosiłam natomiast ubikacji, z żeliwną, antyczną spłuczka, bo to było nieogrzewane, najzimniejsze miejsce w całym mieszkaniu.
W kuchni była drewniana seledynowo – niebieska skrzynia na węgiej, miała lekko wypukłe wieko i nic na niej nie można było ustawić bo spadało. Titka szykowała mi kakao z pianką i do tego była chałka… Na kredensie grało radio z zielonym okiem.
Wspaniałe świąteczne wyprawy do babć. Nie miałam wiecej niż pięc lat a pamiętam niemla każdy szczegół: i sąsiedzkiego psa Żółtka i sklepik z warzywami pana Ziółka po przeciwnej stronie ulicy, gdzie pachniało ziemniakami i kiszoną kapustą i gdzie w słoju stały lizaki…

Dopiero, gdy dorosłam zdałam sobie sprawę z materialnych realiów tego mojego raju dzieciństwa.

Wczoraj kupując chryzantemy, zadbałam by były w zdecydowanie rozsądnej cenie i zeby nie kupować za wielkich zniczy… babcie by tego nie pochwaliły…

Autor: Agnieszka Maria Romaszewska-Guzy
Polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, dyrektor Biełsat TV, od 2011 wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.