Wojna jako model biznesowy, czyli amerykański „szeryf” zrzuca maskę
Trump, Izrael i koniec świata, jaki znaliśmy – czy Polska naprawdę musi być bezkrytycznym klientem w salonie uzbrojenia prowadzonym przez człowieka, który demokrację ma za nic?
Świat, który znaliśmy, skończył się w styczniu 2021 roku na schodach Kapitolu, a my udajemy, że to tylko chwilowa niedyspozycja systemu. To, co dziś obserwujemy w polityce globalnej – atak na Iran, sojusz z Netanjahu i narastająca psychoza wojenna – to nie jest walka o wolność. To brutalna realizacja biznesplanu napisanego przez człowieka, którego miejsce jest w celi, a nie w Gabinecie Owalnym.
Donald Trump, którego bez wahania należy nazwać politycznym rozrabiaką, od lat konsekwentnie buduje swoją potęgę na fundamencie pogardy. Najpierw podważył fundamenty amerykańskiej demokracji, potem dehumanizował własnych obywateli i migrantów, a teraz, ramię w ramię z Izraelem, otwiera front konwencjonalnej wojny z Iranem. Czy to nie pachnie powtórką z Iraku: destabilizacja regionu, wywołanie strachu, a na końcu – wystawienie rachunku za amerykańską broń?
Pytam więc otwarcie: dlaczego Europa, w tym rząd premiera Tuska, potulnie wchodzi w rolę statysty w tym krwawym spektaklu? Trump w typowo bandyckim stylu dyscyplinuje Hiszpanię za „wotum separatum”, grozi embargami i wymusza lojalność siłą. A my? My, jako to przysłowiowe „stado baranów”, biegniemy kupować amerykańskie zabawki do zabijania, napędzając koniunkturę człowiekowi, który przez lata oszukiwał nawet polskich robotników budujących jego wieżowce.
Zestawienie działań Trumpa z tym, co robi Putin, nasuwa brutalne wnioski. Czym różni się atak na suwerenne państwo motywowany „interesami kilku górali ze Wzgórz Golan” od rosyjskiej agresji, którą tak słusznie potępiamy? Zamiast szukać gospodarczego pragmatyzmu, zamiast dbać o niskie ceny paliw i stabilność Europy, dajemy się wciągać w spiralę nienawiści. Polska nie ma dość „kijów od miotły”, by rozdać je każdemu zdolnemu do walki, a porywa się na partycypację w globalnym konflikcie, którego jedynym beneficjentem jest amerykańsko-izraelski kompleks militarno-przemysłowy.
Wojna z Iranem to nie jest nasz interes. To zasłona dymna dla afer pokroju Epsteina, to sposób na ratowanie amerykańskiej gospodarki i zemsta starych elit. Czy naprawdę chcemy ryzykować zapaść gospodarczą i życie milionów Europejczyków tylko dlatego, że rozrabiaka z Ameryki postanowił dokończyć swoje porachunki?
Bandytów się nie wspiera. Bandytów się eliminuje z życia publicznego. Czy Europa znajdzie w sobie dość odwagi, by przestać klęczeć przed Białym Domem, czy też obudzimy się w świecie, w którym pokój stał się deficytowym towarem, bo tak kazał „biznesmen” w czerwonym krawacie?
Publicysta Pressmania.pl. Obserwator polityki i mediów. Zamiast symetrii – konsekwencja. Zamiast haseł – argumenty.
Zostaw komentarz