jak w czasach tzw. autonomii uczelni legalnie wyprowadzić z niej publiczne pieniądze:
1. trzeba oczywiście mieć na stanowisku takiego rektora, który wg gowinowej ustawy z 2018 roku wszystko może i co więcej żaden minister nauki i szkolnictwa mu w tym nie przeszkadza. Żaden. Ani Czarnek, ani Wieczorek, ani Kulasek. Żaden z nich nie kontroluje tych wydatków, bo albo rektor lub jego zaplecze na uczelni, np. szef potężnego związku zawodowego są „po linii i po bazie” aktualnej władzy, albo też mają dojście do ministerstwa i tam się wszystko blokuje przez tzw. analizowanie sytuacji, które niekiedy trwa i 3 lata, a nawet więcej w nieskończoność;
2. teraz trzeba osobom z układu na uczelni podnieść stawki zaszeregowania, zatrudnić ich na stanowiskach, na których te stawki obowiązują. Stawki zaszeregowania utajnić;
3. Osobom takim dać dodatki zadaniowe – z umową ich obowiązywania na lata. Nawet wtedy, gdy to zadanie nie może być już zrealizowane, bo warunki ku temu przestały istnieć;
4. osoby takie regularnie premiować w wysokości do 40 % całości wynagrodzenia;
5. osoby mające takie pensje, składające się z wysokich stawek zaszeregowania, dodatków zadaniowych, funkcyjnych i premii, należy osadzić we władzach związku zawodowego, by nie można było im tak wygenerowanej pensji odebrać. A to, że zarabiają one miesięcznie w przedziale 15 – do 20 tys. netto i jest to więcej niż pensja profesora tytularnego na danej uczelni, to już inna bajka.
I ministrze nauki i szkolnictwa wyższego – jakikolwiek będziesz, nic w tej sprawie nie zrobisz, bo się boisz utraty stanowiska, bo do twojego partyjnego zwierzchnika, niekiedy też rządowego, jak w przypadku obecnym, zawsze jest dojście.
Zostaw komentarz