Bardzo chciałbym żyć w normalnym kraju. Nie wiem, jakby wtedy było, gdyż nigdy tego nie przeżyłem, ale chciałbym. Dlatego boję się, aby w razie czego tego nie przegapić. Gdy na krótki moment będzie w Polsce normalnie, ja akurat w tym momencie będę patrzył w drugą stronę.
Z tego właśnie powodu czasami biorę kawę, wyłączam wszystko, włączam muzykę i nie robię nic, aby przez chwilę pomyśleć, jak by to było. Wtedy przez głowę przelatują mi z wrzaskiem niczym chmara gawronów na wieczornym niebie, tysiące przykładów głupoty w naszym kraju i zero pomysłów na normalność. Może my już nawet nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie normalnego państwa?
Zapewne właśnie dlatego wielu ludzi uważa, że normalnie będzie, jeżeli to, co jest nienormalne, odwrócimy w drugą stronę. Problem polega jednak na tym, że tworzymy w ten sposób nienormalność odwróconą.
Dlatego dla zdrowia psychicznego czasami zmuszam siebie do wyobrażenia sobie normalnej Polski. Nie postępowej, prawicowej, liberalnej, chrześcijańskiej, naszej Polski, patriotycznej, ale takiej całkiem zwyczajnej, gdzie szkoły uczą, policja łapie przestępców, sądy ich sądzą, a wojsko strzeże polskich granic.
To nie jest łatwe, gdyż dużo łatwiej jest wyobrazić sobie, że dobrze będzie wtedy, gdy „nasi” wygrają wybory. A jednak stymulując się łykiem kawy i sztachnięciem muzyki, szukam punktu podparcia, który umożliwiłby przywrócenie u nas normalności.
Zawsze wówczas uparcie wracam do postawionej na głowie struktury społecznej – że Polską rządzą gorsi od tych, którymi rządzą. W to może wątpić tylko ten, kto widział nasze elity wyłącznie w telewizorze. Na żywo – to nie żart – ci ludzie pozujący na nową szlachtę wyglądają jak „walka o ogień”.
Najgorsze jest jednak to, że oni zablokowali na dole ogromny potencjał ludzi, których pozbawiono możliwości wykorzystania swoich zdolności. Tak jakbyśmy mieli nadmiar talentów. Zawsze przychodzi mi wtedy do głowy ta metafora o strzelaniu do wroga diamentami, ale teraz jest jeszcze gorzej, gdyż nie ma nawet wojny i nie strzelamy do żadnego wroga, ale prosto w błoto z czystej głupoty.
Bo ja wierzę, że każde społeczeństwo, każdy naród, jest obdzielony przez Boga talentami równomiernie. Oczywiście w skali procentowej, a nie ilościowej. To znaczy, że w jakimś Bantustanie może nigdy nie urodzić się wybitny pianista, to prawda, ale tylko dlatego, że tamta społeczność jest zbyt mała, a nie dlatego, że jest upośledzona muzycznie. To jest oczywista konsekwencja małej populacji. Mniej ludzi = mniej ludzi wybitnie uzdolnionych, ale to jest statystyka, a nie tragedia.
Natomiast prawdziwy dramat zaczyna się wówczas, jeżeli w Bantustanie urodzi się jednak wybitny pianista, ale nigdy nie będzie miał możliwości zagrać na fortepianie. To właśnie zgotowali nam komuniści.
Jeżeli bowiem w 40-milionowym narodzie szansę na sukces miało jedynie dwa miliony członków partii komunistycznej, to znaczy, że Polskę zmieniono w Bantustan. Tyle tylko, że po upadku komunizmu nic się nie zmieniło. Nie udrożniono mechanizmów awansu, kariera w sferze publicznej pozostała skrajnie upartyjniona i opiera się na klientelizmie, a reprodukcja elit jest wsobna. Właśnie dlatego mamy liderów politycznych, którzy dorabiają zaocznie tytuł magistra do stanowiska ministra…
A przecież nie musi tak być. Jeżeli na przykład tak wielu wybitnych ludzi jest pochodzenia żydowskiego, to nie dlatego, że należą do narodu wybranego, ale dlatego, że nie marnują swoich talentów. To znaczy, że mądrzy są na górze, a ci mniej mądrzy na dole – dokładnie odwrotnie niż u nas. Więc jednak można to zrobić, ale można też tego nie robić.
Po pierwsze – publiczna edukacja, którą należy odwrócić w stronę wspierania najlepszych i uczynić z niej mechanizm awansu społecznego. A następnie należy stworzyć przejrzystą drogę kariery do najwyższych stanowisk w państwie. Nie poprzez członkostwo partyjne i noszenie teczki za przewodniczącym, ale konieczne doświadczenie zawodowe. Obecnie kariera jest uznaniowa, czyli najważniejsze jest, aby znać właściwych ludzi. I to jest epicentrum postkomunistycznego szaleństwa. A przecież cursus honorum (droga kariery) wymyślono już w starożytnym Rzymie.
Gdyby jednak określono w sposób przejrzysty, co kto powinien umieć i jakie powinien mieć doświadczenie, mogłoby się okazać, że żaden z ministrów od 1989 roku, a może nawet od 1945 roku, nie nadawał się na ministra. I to jest najgorsze. Wcale nie to, że rządzą nami lewacy, liberałowie, szowiniści, solidarnościuchy czy komuchy, ale właśnie to, że rządzą nami ludzie, którzy się do tego nie nadają. I nie można tego zmienić, bo oni rządzą.
Na szczęście kończy mi się wtedy kawa i wracam do rzeczywistości. Przełączam radio na wiadomości i słucham o sukcesach polskiego rządu.
Zostaw komentarz