Świętokrzyskie miasteczko, w lipcową niedzielę roku 1943 – opowiadanie oparte na faktach. (Fragment książki p.t Wysoki Lot)

Kamienną uliczką stromo schodzącą od klasztoru w kierunku drewnianego mostu na rzece Czarnej, szła zakonnica. Jej bose stopy, obute jedynie w skórzane czarne sandały, wzbijały w powietrze z kamienistej drogi białe obłoczki wapiennego pyłu, bo po nocnej nawałnicy na kamienistej drodze nie pozostały już nawet najmniejsze ślady wilgoci.

Wśród tych delikatnych białych mgiełek, zakonnica wyglądała niczym jakiś bezmaterialny czarny Anioł płynący tuż nad ziemią. Obłoczki wszędobylskiego pyłu, to wiekowa patyna czasu, tego małego świętokrzyskiego miasteczka. Pył przez wieki zeskrobywany końskimi podkowami z wapiennych łamańców, wystających z powierzchni ciasnych uliczek, w skwarne suche dnie pokrywał w mig białym pudrem wszystko, co było ciemniejsze od niego samego.

Z tyłu, do jej uszu dochodził łoskot zbliżającej się wiejskiej furmanki. W ów, coraz głośniejszy hałas nagle włączył się metaliczny płaski dźwięk nieodległych kościelnych sygnaturek, użytych teraz w celebrze mszy świętej. W tej minucie nikt jeszcze nie wiedział, że ten przypadkowy melanż niezgranych ze sobą dźwięków rozpoczął trwający następnych kilkadziesiąt minut dramat objawiony prawdziwą męką jednego żydowskiego dziecka – dziecka, które już nigdy nie będzie znane z imienia, ani z nazwiska, bo nikt wtedy nie wiedział, jak się ono nazywało. Najpewniej gdyby nie to, że przed wiekami miasteczko osadzono na wyniosłej, nadrzecznej wapiennej skale, być może zapadłoby się ono pod ziemię ze wstydu i z oburzenia, po tym, co tu wkrótce nastąpiło. Bo od wieków szczyciło się nieposzlakowanym honorem.

W mieścinie było pusto i cicho, jeśli nie liczyć brzęczenia wszędobylskich tu pszczół, które – nie zważając na niedzielny czas – znosiły pracowicie aromatyczny pożytek do swoich uli. Od stuleci było tu zawsze tak samo; o tej porze ludzie z miasteczka modlili się na przedpołudniowej sumie w kościele, którego podwaliny ufundował w XV wieku Zawisza Czarny. W takie, jak dzisiaj, skwarne niedziele, tylko nieruchawi starcy pozostawali w domostwach, poskrywani w swoich chłodnych, piwnicznych oazach, do których na letni czas wszyscy przenosili swoje aktywne życie; w nich urządzali kuchnie i jadalnie, i tam odpoczywali po gorącym dniu. W mrocznym pomieszczeniu o charakterystycznym przytęchłym zapachu, który nie poddawał się przemijającemu czasowi, z dziada pradziada skrywany był, podsycany nową mąką, zakwas do sporządzania chlebowego ciasta, służąc kolejnym pokoleniom. I to było prawdziwe misterium, dzięki któremu niezmiennie odradzał się i trwał, smakował i pachniał chleb na nim wypiekany.

Zakonnica drogę pokonywała szybko, i widać było, jak bardzo skupioną ma twarz. Z pewnością szła do jakiegoś chorego, do tartaku za mostem, bo w lewej ręce niosła torbę – taką, w jakiej swoje utensylia noszą do chorego lekarze, w prawej zaś ściskała mocno wyczytany brewiarz w czarnych okładkach. Aby uniknąć ulicznego pyłu, starała się stąpać dokładnie na wystające z drogi kamienie, ale i to niewiele pomagało, gdyż cały dół jej czarnego habitu bielił się, jakby był posypany pszenną mąką.

Kościelne sygnaturki niepostrzeżenie umilkły… Introit. W leniwy popołudniowy spokój, z każdą chwilą coraz nieznośniej wciskał się donośny turkot zbliżającej się wiejskiej furmanki. Wydawało się czymś  wręcz nienaturalnym, że oto taka licha furmanka, zaprzęgnięta tylko w jednego chudego konia, czyniła ten niewspółmierny do swojej cielesności łoskot żelaznymi kołami, stukającymi o wystające z drogi kamienie. Koń, po każdym podcięciu batem, już dobrze wychłostanego zadu, przyśpieszał na krótką chwilę, by zaraz znowu próbować zwolnić i dopasować swój wysiłek do rytmu, który odpowiadałby jego niedzielnym chęciom. W połowie ulicy furmanka dogoniła zakonnicę, a już w chwilę później minęła ją, uskakującą pośpiesznie na bok. W tym momencie na większym, białym kamieniu wystającym z drogi, furmanka podskoczyła tak mocno, że z jej tyłu wysunęła się ze swojego miejsca, i upadła z łoskotem na ziemię drewniana zastawka. Z tak odsłoniętej skrzyni ładownej na wapienną uliczkę wysypały się z donośnym rumorem setki cynkowych kubeczków do zbierania żywicy. Blaszane kubeczki nabranym rozpędem długo jeszcze toczyły się z górki po kamienistej drodze, roznosząc ten swój blaszany odgłos po całej okolicy. Dopiero, gdy woźnica zatrzymał zaprzęg, by z trudem i niechętnie zgramolić się z pojazdu, można było zauważyć, że był mocno podchmielony. Pomstując, próbował pozbierać te rozsypane na drodze naczynia, ale wypita gorzałka i lipcowy upał wkrótce do reszty zniewoliły jego siły i chęci. Wrócił szybko na furmankę, i z ulgą zajął miejsce na ławeczce wymoszczonej słomą. Pomstując na cały świat za tę niespodziewaną przygodę na drodze, nagle przypomniał sobie o swojej pasażerce. Pokrzykując i wymachując batem, spędził z wozu wystraszoną dziewczynkę, której obecności dotąd nie było nawet widać, a która siedziała na podłodze, pomiędzy siedziskiem podchmielonego woźnicy, a ładunkiem blaszanych kubeczków. Potem, raz jeszcze, ciętym batem zdzieliwszy konia – za karę – pognał podchmielony woźnica swoim zaprzęgiem w dół kamienistej uliczki.

    Za furmanką pozostał rozwleczony po kamiennej drodze sznur pogubionych blaszanych naczynek i wystraszona, najwyżej dwunastoletnia czarnooka dziewczynka. Tej dziewczynki nie można inaczej nazwać, niż tylko Dziecko – po prostu Dziecko, bo nigdy nikt nie dowiedział się, jak mówili na nią jej matka, i jej ojciec. Już potem niektórzy ludzie ckliwie ją wspominali, mówiąc nie inaczej właśnie, tylko: „To Dziecko”. Inni dodawali, że dziewczynka była żydowskim dzieckiem.

Dźwięczny łoskot toczących się po kamienistej drodze blaszanych naczyń natychmiast zaintrygował i wywabił z nieodległej rzeki Czarnej zgraję dzieciaków kąpiących się w jej płytkiej zimnej wodzie, które zdążyły już wrócić z porannej, tej dla dzieci, odprawianej mszy. W następnych chwilach kilkunastu rozkrzyczanych wyrostków w różnym wieku otoczyło samotnie pozostawione na ulicy, i struchlałe ze strachu żydowskie dziecko. 

Rzeka Czarna, lewy dopływ Wisły była przez wieki niemym świadkiem wielu doniosłych wydarzeń, a kolejne, tym razem tragiczne i niechlubne zdarzenie zaczynało wypełniać się treścią.

Było tu już tak, że wyostrzony od pokoleń wzrok mieszkańców mieściny bezbłędnie wyłuskiwał z każdej zbiorowości, semicką rasę. I teraz ta, chyba już w genach zakodowana umiejętność sprawiła, że samotna dziewczynka na ulicy nie uniknęła błyskawicznej oceny swojej narodowości; jej żydowskie pochodzenie nie uszło uwadze nawet tych najmłodszych mieszkańców mieściny. Dzieciaki ociekające wodą krzyczały jedno przez drugie: Żydówka na ulicy! Żydówka, Żydówka…! Spłoszona dziewczynka ze śmiertelnie wystraszonymi czarnymi oczami zakrywała dłonią swoją chudą twarzyczkę, ale cóż to mogło pomóc, skoro i tak już była osaczona, niczym bezbronne zwierzę, kiedy zamknie się wokół niego pierścień krwiożerczych myśliwskich psów. 

Z każdą chwilą pierścień smarkatych prześladowców stawał się coraz szczelniejszy. „Boże, gdzie jesteś?” – wyszeptała zakonnica. Tylko tyle mogła zrobić tu, i w tej minucie; w odległości najwyżej 100 kroków od miejsca, w którym rozpoczynał się dramat, przy równoległej ulicy biegnącej górą skarpy porośniętej śliwami, lubochami tu zwanymi, był przecież posterunek policji granatowej. Jeden z wyrostków dygoczący jak w febrze, oderwawszy się od grupki prześladowców, pobiegł na przełaj po stromym zboczu, w stronę, gdzie był ten nieszczęsny posterunek. Zakonnica na chwilę zatrzymała się nieopodal osaczonego żydowskiego dziecka, na wysokości starej kapliczki z Matką Boską, którą dawno temu, jako dziękczynne votum wyrąbali powstańcom styczniowym w skale, wdzięczni im, mieszkańcy miasteczka. Zakonnica milcząc, wykonywała dłońmi rozpaczliwe gesty w kierunku dzieci, jakby chciała odpędzić od osaczonej Żydówki nie groźną sforę, a stadko natarczywych głupich kur; „Boże, gdzie jesteś…”.

– Uciekaj szybko za rzekę, tam jest las! – wykrzyknęła do dziecka zdławionym głosem, kiedy na chwilę wrzeszcząca zgraja skryła się w gęstwinie sadów. Dziewczynka posłuchała i zaczęła biec w dół uliczki, w kierunku mostu na rzece, ale w chwilę później, kiedy usłyszała złowrogi zgiełk kąpiących się tam dzieciaków, zawróciła i znowu wbiegła na kamienistą drogę. Ale, teraz już szła szybkim marszem, aby nie wzbudzać zainteresowania ludzi; wiedziała, że wszyscy natychmiast rozpoznaliby w niej żydowskie dziecko. Na chwilę odwróciła głowę za siebie, i w tej sekundzie ujrzała stojącą na ulicy zakonnicę, która rozpaczliwymi gestami rąk nakazywała jej skryć się w gęstwinie nadrzecznych sadów. Zdezorientowana, bezwiednie zaczęła wypełniać polecenie, i po kilku susach znalazła się przy pryzmie suszących się na słońcu desek. Nie zważając na dziewczynę krzątającą się tam z koszykiem pełnym pokrojonych jabłek, wsunęła się natychmiast do ciasnej niszy pomiędzy  nimi. Tam zaległa w zupełnej ciszy. Po chwili błagalnym głosem wyszeptała: zakryj mnie tym koszykiem. Dziewczyna w wyblakłej błękitnej sukience, która układała do suszenia ćwiartki czerwonych malinówek na nagrzanych słońcem, i pachnących balsamiczną żywicą deskach, przerwała swoją pracę i schyliła się ku miejscu, skąd dochodził głos:

– Zakryj mnie szybko, dam ci coś za to…

– Oho, ty chyba Żydówką jesteś. Tak?

Dziecko ukryte pod pryzmą desek nie odpowiedziało na pytanie, tylko wyjęło z ust okazały diament, i wyciągając rękę spod schronienia, pokazało go dziewczynie. Diament lśnił na wynędzniałej dłoni blaskiem potęgowanym ostrym lipcowym słońcem; ten szlachetny kamień z pewnością wart był sporej fortuny.

– Nachyl się tu do mnie, bliżej…, dam ci diament, ale zakryj mnie i uciekaj stąd, i nie mów im, że tu jestem; oddaj go zaraz swojej matce, to jest bardzo cenna rzecz.

– To? Takie szkiełko? No dobrze…, mogę to wziąć. A złotego pierścionka, to naprawdę nie masz? – zapytała, patrząc w niebo przez przeźroczystą bryłkę. 

– Jednak wolałabym złoty pierścionek, nawet taki maleńki; przecież wy Żydzi macie dużo złota.

– Teraz już nie mam złotego pierścionka. Oddałam go temu panu, co wiózł mnie furmanką.

Dziewczyna w wyblakłej, błękitnej sukience wbiegła na podwórko swojego domu, a potem biegnąc na skróty, rozchyliła drewniane, pozieleniałe od mchu sztachety, i znalazła się w sadzie będącym częścią kilkusetmetrowego szpaleru wielu sąsiadujących ze sobą sadów. Skarpa o tej porze roku zawsze przybierała krwistoczerwone zabarwienie od koloru dojrzewających odmian czereśni, śliw i wczesnych odmian jabłoni, z których najwięcej rosło tam pięknych bordowych malinówek. Zatrzymała się tuż za dziurą w płocie, przy porośniętych mchem kęsach piaskowców i białych wapieni, które leżały tam od niepamiętnych czasów. Odwróciła na bok jedną z dużych chłodnych brył, schyliła się nad nią, i uważnie zlustrowała okolicę. Kiedy rozwarła swoją dłoń, wówczas w promieniach lipcowego słońca brylant znowu ożył. Uklękła na ziemi i wyjęła z kieszonki w sukience starannie złożony arkusik srebrzystego pozłotka, który od dawna, jako cenną zabawkę, nosiła przy sobie. O czymś przez chwilę myślała, a potem zawinęła cenny brylant w tę srebrną folię i uformowała z tego wszystkiego niewielką kulkę, którą wsunęła pod odwrócony kamień. Znowu uważnie zlustrowała okolicę, i zdecydowanym ruchem przyłożyła ten ciężki okruch dokładnie w to samo miejsce, w którym tkwił nieporuszony od lat, nie zdradzając w najmniejszym stopniu faktu, że ktoś go przed chwilą unosił do góry.

Zdezorientowana zgraja wściekłych z emocji wyrostków nie dawała za wygraną. Kiedy w pewnym momencie sfora straciła z oczu żydowskie dziecko, to z jeszcze większą furią zaczęła przeczesywać każdy okoliczny zakamarek. Wkrótce rozwrzeszczane dzieci otoczyły ciasnym kordonem pryzmę desek, wypatrując w jej szczelinach swojej ofiary.

– Gdzieś tu chyba ta Żydówka jest, ona nie mogła nigdzie uciec! O, tu coś jest zatkane koszykiem! Tu musiała się schować…!

Zakonnica przeżegnała się, i walcząc ze strachem, skierowała swoje kroki w kierunku rozkrzyczanych dzieciaków, lecz w połowie drogi nagle zawróciła w stronę klasztoru, bo oto dosłownie kilka metrów przed nią, przeciął jej drogę zbiegający kamienistą wąską przecznicą granatowy policjant z pistoletem w dłoni.

Policjant o zwalistej posturze nazywał się Grudyński, i znany był w okolicy ze szczególnej gorliwości w wypełnianiu służalczej posługi wobec Niemców. Towarzyszył mu, ledwie nadążając za nim, przeraźliwie chudy, o jasnych włosach wyrostek. I chociaż policjant sam już dostrzegł zbiegowisko, to chudzielec w biegu wystawiał palce i krzyczał: tam panie przodowniku…, tam, tam ona jest!

Zakonnica teraz już ostatecznie zrezygnowała ze swojej misji medycznej za mostem, dokąd zmierzała, i szybciej poczęła wspinać się kamienistą uliczką, na powrót kierując się prosto do swojego klasztoru.

Granatowy policjant już po chwili był przy rozwrzeszczanej zgrai dzieci. Nachylił się nad pryzmą desek i lufą polskiego przedwojennego Visa poszturchiwał coś w załomie, który tworzył ciasną dziurę pomiędzy deskami, z której przed chwilą wyszarpnął stary wiklinowy koszyk. Sparaliżowane strachem, zwinięte w embrionalną pozycję żydowskie dziecko nie chciało wyjść z tego ukrycia. Pachnące żywicą świeże drewno dawało mu złudną iluzję bezpieczeństwa, może nawet iluzję schronienia na miarę jakiegoś przepastnego życiodajnego lasu. 

Policjant schował pistolet do kabury, poprawił pasek przy czapce, regulaminowo zapięty pod brodą, i kucnąwszy na kolanach, wywlókł dziecko z kryjówki siłą, a potem dumny z osiągniętego sukcesu, przeraźliwie wrzasnął: marsz na posterunek! I nie waż mi się uciekać, bo zastrzelę! Dziecko odwróciło głowę w jego stronę, i zaczęło mu się przypatrywać; przez dłuższą chwilę nie reagowało na jego pokrzykiwania. Z ogromnych czarnych oczu znikał strach, a w jego miejsce pojawiało się zdziwienie. Granatowy policjant niecierpliwie ponowił wrzaski, wspierając je kopnięciem ciężkim wyglancowanym buciorem w wynędzniałe pośladki Dziecka.

Wspinali się teraz wąską dróżką prowadzącą do równoległej, wyżej biegnącej ulicy. Rumosz białych wapiennych kamyków chrzęścił pod podkutymi buciorami policjanta. Dziecko szło przed nim boso. Szło jakby bezszelestnie, jakby nie dotykało stopami tej kamiennej drogi. Sfora prześladowców krok w krok podążała za nimi, aż do samego posterunku. Policjant poszturchując Dziecko, wepchnął je jak snopek siana w drzwi mrocznego policyjnego pomieszczenia. Dzieciaki złaknione sensacji, przywarły nosami do szyby w oknie katowni. Leżący na skórze z dzika, przy szafie z dokumentami, służbowy niemiecki wilczur jednym susem znalazł się przy żydowskim dziecku, i nie powstrzymywany przez nikogo, chwycił jego prawe ramię. Kilka razy szarpnął z ogromną siłą chudą kończynę. Po chwili puścił ją. Zmiażdżona ręka bezładnie zwisła w połowie przedramienia. Dziecko nieludzko zawyło z bólu i strachu. Ale trwało to tylko chwilę, bo natychmiast tłumiąc płacz, zamilkło. Grudyński rechotał piskliwym wymuszonym śmiechem, i głaskał po głowie wilczura.

– Oddaj złoto! – zniecierpliwiony wykrzyknął.

Jego posterunkowy kamrat wstał od stolika i nakazał rozebrać się dziewczynce. Ona nawet nie czekając na powtórzenie nakazu poczęła zdejmować z siebie lichą sukienkę. Szło jej to opornie, bo niełatwo mogła przełamać straszliwy wstyd. Rozbierała się powoli, jedną ręką, bo druga bezładnie zwisała, nie podejmując jej woli. Bólu żydowskie dziecko z pewnością już nie czuło, zdominowało go śmiertelne przerażenie.

Grudyński wyrwał sukienkę z jej ręki i łapczywie zaczął obmacywać centymetr po centymetrze lichy materiał, a potem wyjął z kieszeni scyzoryk i rozpruł ostrzem szeroką zaszewkę. Trafił na schowek natychmiast.

– Komu to niosłaś? Gdzie jest reszta…?! – wykrzyknął, wymachując przed jej twarzą czterema dwudziestodolarowymi banknotami złożonymi w prostokątny płaski pakiecik.

Dziecko nie odpowiadało.

– Gdzie masz resztę! Pokaż, gdzie?

– Nie mam…

– Nie masz? Zdejmuj to! – Grudyński wskazał palcem bieliznę.

Dziecko znowu zaniosło się płaczem. Wilczur znowu chwycił je zębami za zmiażdżoną rękę, i kilka razy potrzepał bezładnym ramieniem. Widać nie pierwszy raz to robił, bo doskonale wiedział, w którym momencie musi włączyć się do akcji, i gdzie chwycić zębami, aby jego pan był zadowolony.

Teraz Dziecko nie miało przy sobie już nic. Nie miało: ani dolarów, ani kosztowności, ani czci. Odarte ze wszystkiego, w milczeniu zakładało na siebie strzępy lichej sukienki. Było sponiewierane i okaleczone fizycznie, ale z jej czarnych wielkich oczu nie wyzierał już strach zaszczutego zwierzęcia, ale biła z nich nienawiść i porażające poczucie godności. Teraz dziewczyna posłusznie wypełniała wszystkie polecenia swoich oprawców.

– Piszemy coś? – Grudyński spytał swojego kamrata.

– Jak pan chce, panie komendancie.

– No dobra, nic nie piszemy. Ale pamiętaj: gęba w dziób. A teraz bież ją i idź. No wiesz…

– Ja tego nie zrobię. I pan tego już więcej, też niech nie robi.

– Oj, Słomka, Słomka…, i ty chciałeś być granatowym…

Grudyński był w rozterce, nie wiedział, czy służbowo nakazać Słomce wykonanie polecenia, czy zrobić to samemu. W chwilę później nawet wydawać by się mogło, że litościwie chciał oszczędzić Słomki sumienie, wrzeszcząc znowu na dziecko: jazda! Zaprowadzę cię do stoku, musisz się umyć, bo mi cały posterunek zafarbisz.

Sfora obserwatorów czmychnęła spod okna posterunku, i skryła się za jego węgłem. Grudyński poszturchując Żydówkę, wypchnął ją z posterunku i popędził do sadu, który ostro schodził skalistą skarpą w kierunku rzeki Czarnej.

– Idź z przodu, jazda, jazda..! – pokrzykiwał na dziecko, na którego twarzy coraz mocniej rysował się martwy wyraz przerażającej obojętności. Dziecko raz tylko obejrzało się za siebie, jakby na zawsze chciało zapamiętać swojego oprawcę. Jej ciało jeszcze szło, ale oczy były nieruchome, jakby zupełnie już martwe.

Grudyński polecił, aby skręciła ze ścieżki w lewo. Dziecko posłusznie wykonało polecenie. Doszli do drewnianej, rozpadającej się ze starości wygódki.

– Stań gębą do wychodka, i nie odwracaj się.

Grudyński rozpiął kaburę pistoletu. Powoli wyjmował broń, jakby bał się trwającej ciszy. Broń nosił zawsze gotową do strzału, więc teraz nie musiał jej przeładowywać, a tylko przesunął kciukiem bezpiecznik. Z odległości trzech kroków wymierzył dziecku w głowę. Padł strzał.

Na zmurszałe deski wychodka bryznęła fontanna krwi i mózgu. Dziecko mocno szarpnięte kulą, osunęło się na ziemię – miękko, jak muślinowa chusta.

Ze stromego wapiennego tarasu płynęła spieniona struga krwi. Połączyła się z rachitycznym strumyczkiem resztek deszczówki z nocnego deszczu, który, teraz zabarwiony krwią, omijał wystające kamyki, i dalej wijąc się meandrem, opływał z boku małe drzewko malinówki, by wkrótce połączyć się z nurtem rzeki Czarnej. Po kilkunastu metrach czerwona stróżka zabarwiająca wodę leniwie płynącej rzeki, stawała się coraz jaśniejsza, aż wreszcie przestała być widoczna. Tak, jakby jej nigdy tu nie było.

Grudyński schował pistolet do kabury. Schylił się i podniósł z ziemi łuskę po wystrzelonym naboju, a potem rzucił ją w kierunku ciżby ciekawskich dzieci.

– Mata, tylko się o nią nie pozabijata.

Dzieciaki rzuciły się po szczodry podarunek. Hojny ofiarodawca z dumą przyglądał się walce o wystrzeloną łuskę pistoletową.

– Noo, który tam wygrał gilzę? – dociekał Grudyński.

– Jasiu Dupek wziął.

– No, to Jasiu Dupek, za to, że wygrałeś gilzę, jazda po sołtysa! Jazda, jazda…, i powiedz mu, że pan policjant kazał mu zaraz stawić się z podwodą przy posterunku. I powiedz mu jeszcze, żeby nikogo nie wyznaczał, musi sam osobiście tu przyjechać. No, i niech rydel ze sobą weźmie. Zapamiętałeś?

Po niespełna godzinie przed posterunek zajechała licha furmanka na żelaznych kołach, z głośno turkoczącymi lotrami. Fura była starannie wymoszczona tegorocznym sianem, pachnącym kumaryną i ziołami; widać Jasiu Dupek dokładnie powiedział sołtysowi, jakąż to misję będzie on miał do wypełnienia. 

Grudyński wydawał polecenie sołtysowi:

– Zabierzesz „to” spod wychodka, pojedziesz na Folwarki, i zakopiesz „to” na kierkucie. Nie jedź szosą, a gościńcem, naokoło. Wiesz którędy…

Sołtys zdjął czapkę i przeżegnał się. Potem powoli i ostrożnie ułożył na furmankę martwe ciało. Czynił to wszystko z należnym człowiekowi szacunkiem. Kiedy je układał na wymoszczonej sianem furmance, nie widać było u niego najmniejszego nawet wysiłku. Wydawało się, jakby małe wątłe ciało nic nie ważyło, jakby było tylko muślinową chustą.

Sołtys złożył Dziecko głową w kierunku jazdy, potem powtórnie przeżegnał się, i odjechał głośno turkoczącym na wystających kamieniach wozem w kierunku mostu na rzece Czarnej, wzbijając kołami furmanki chmurki białego pyłu.

[koniec]

Fot. Karolina Żuk

Uwaga: Nazwiska i inne identyfikatory użyte w tekście są fikcyjne, wszelka ich zbieżność z osobami trzecimi może być tylko przypadkowa. (Roman Rzepka).

  • §§§§

Copyright by Roman Rzepka – Wszelkie prawa zastrzeżone, zakaz kopiowania bez zgody autora.