O wierze, która nie zawsze idzie w parze z człowieczeństwem.
Żyjemy w społeczeństwie, w którym bardzo często mówimy o wartościach, tradycji, patriotyzmie i chrześcijaństwie. Lubimy podkreślać, że jesteśmy narodem wierzącym, że bliskie są nam Ewangelia, przykazania i nauka Chrystusa. Ale czy kiedykolwiek zatrzymaliśmy się, żeby zadać sobie jedno ważne pytanie: ile z tego, o czym tak chętnie mówimy, rzeczywiście znajduje odzwierciedlenie w naszym codziennym życiu?
Bo przecież można uczestniczyć w nabożeństwach, modlić się, śpiewać pieśni religijne i publicznie deklarować swoją wiarę, a jednocześnie nie mieć w sobie odrobiny zrozumienia dla człowieka, który znalazł się w trudnej sytuacji.
Można mówić o miłości bliźniego, a jednocześnie odwracać głowę od człowieka potrzebującego pomocy.
Można mówić o sprawiedliwości, a jednocześnie wykorzystywać czyjąś słabość, trudną sytuację życiową czy brak możliwości obrony.
I właśnie tutaj pojawia się problem, o którym powinniśmy rozmawiać znacznie częściej.
Czy nasza wiara jest jeszcze drogowskazem w życiu, czy stała się jedynie elementem naszej tożsamości?
Chrystus nie nauczał, że mamy kochać wyłącznie ludzi podobnych do nas. Nie mówił, że mamy pomagać tylko tym, którzy są dobrze sytuowani, wykształceni, lubiani i akceptowani przez otoczenie.
Przeciwnie. W Ewangelii szczególne miejsce zajmują ludzie odrzuceni, chorzy, samotni, ubodzy i ci, których społeczeństwo często spycha na margines.
Dzisiaj również takich ludzi nie brakuje. Są wśród nas osoby, które straciły pracę, zmagają się z zadłużeniem, chorobą, samotnością czy problemami rodzinnymi. Są ludzie, którzy po prostu przestali sobie radzić. Czasami potrzebują nie pieniędzy, lecz zwykłej rozmowy, obecności i poczucia, że nie zostali sami.
Niestety, zbyt często zamiast wyciągniętej dłoni otrzymują ocenę.
Zamiast wsparcia – pouczenie.
Zamiast zrozumienia – kolejną krzywdzącą opinię.
Co szczególnie bolesne, niekiedy dzieje się to ze strony ludzi, którzy sami uważają się za strażników moralności i wartości chrześcijańskich.
Nie chodzi o to, żebyśmy przestali rozróżniać dobro od zła. Nie chodzi również o usprawiedliwianie każdego postępowania. Chodzi o coś znacznie prostszego: zanim osądzimy drugiego człowieka, spróbujmy zrozumieć jego sytuację.
Nie znamy wszystkich jego doświadczeń, nie wiemy, jakie dramaty przeżył, ile razy próbował podnieść się po upadku i ile razy usłyszał, że już nic dobrego go nie spotka.
Być może właśnie ten człowiek, którego dzisiaj tak łatwo oceniamy, jutro będzie potrzebował naszej pomocy.
Nie możemy budować chrześcijańskiego społeczeństwa na wzajemnym poniżaniu się.
Nie zbudujemy wspólnoty, jeśli będziemy cieszyć się z cudzych niepowodzeń. Nie stworzymy lepszego świata, jeśli będziemy wykorzystywać ludzkie słabości do osiągania własnych korzyści. Nie będziemy wiarygodni w głoszeniu Ewangelii, jeśli zabraknie nam zwykłego ludzkiego szacunku.
Warto pamiętać o jednym: Bóg nie patrzy na człowieka wyłącznie przez pryzmat jego majątku, stanowiska, wykształcenia czy społecznej pozycji.
Patrzy na jego serce.
Może więc nadszedł czas, abyśmy jako społeczeństwo przestali tak często pytać, kto jest lepszy, kto ma rację i kto zasługuje na szacunek, a zaczęli pytać, co możemy zrobić, żeby drugi człowiek nie czuł się samotny i odrzucony.
Nie musimy wszyscy myśleć tak samo. Nie musimy mieć tych samych poglądów ani należeć do tych samych wspólnot. Możemy się różnić, dyskutować, a nawet nie zgadzać ze sobą.
Ale nigdy nie powinniśmy tracić z oczu człowieka.
Bo ostatecznie nie będziemy rozliczani wyłącznie z tego, ile razy powiedzieliśmy, że wierzymy w Boga, ale również z tego, jak traktowaliśmy ludzi, których postawił na naszej drodze.
Może właśnie od tego powinniśmy zacząć odnowę naszego społeczeństwa – nie od wielkich deklaracji, lecz od zwykłego człowieczeństwa.
Bo Bóg jest blisko człowieka. Pytanie tylko, czy my potrafimy być blisko siebie nawzajem.
ks. kan. Łukasz Urbanowicz
Zostaw komentarz