Myślę, że ta opowiastka trafnie oddaje … efekt transformacji ustrojowej, jaka się w Polsce dokonała w 1989 roku. Ilustruję ją obiektem, w którym figurant ( nawet go widać na zdjęciu) poza lepieniem w glinie – knuł przeciwko władzy ludowej.
Był to chyba rok 1986, albo 85 – w każdym razie esbecja szukała wtedy bardzo intensywnie Zbigniewa Bujaka. Przeczesywano cały PRL, zaglądano w najbardziej odlegle zakamarki, a po Bujaku ani śladu. Sfrustrowana władza wpadła wtedy na pomysł – totalnego przeglądu każdego zakątka, każdej zagrody, każdej szopy, czy chlewika i wymyśliła „akcję posesja”. Jak kraj długi i szeroki zaczęły powstawać posesyjne zespoły w skład którego wchodzili aktywiści partyjni, ormowcy, urzędnik z gminy i dzielnicowy milicjant. Zazwyczaj było to gremium 5-osobowe. Z marsowymi minami w poczuciu niesłychanej ważności- snuli się między zabudowaniami wsi w której wtedy mieszkałem. Zaglądali dosłownie wszędzie, nawet do pustej psiej budy…
Ja wprawdzie mieszkałem w bloku, ale większość dnia spędzałem w pracowni zorganizowanej w starej, wiejskiej chałupie. Cztery lata bowiem wcześniej z pracy w szpitalu psychiatrycznym w którym prowadziłem pracownie plastyczne dla chorych, na wniosek opiekującego się szpitalem esbeka – zostałem zwolniony.
Wcześniej przez 12 lat prowadziłem zajęcia, organizowałem wystawy, a nawet swego rodzaju plenery dla twórców, których los osadził za murami szpitala. Pracownia była miejscem w którym swobodnie mogli się czuć pacjenci, ale przyciągała również aurą pewnej niezwykłości młodych lekarzy, psychologów, terapeutów. Była również , jak się to później okazało : otoczona szczególną opieką Służby Bezpieczeństwa. Założono mi wtedy „arkusz informacyjny” i otrzymałem, brzmiący wymownie kryptonim – figurant „Tandeciarz”, inwigilacją zajmowały się osoby, których zupełnie bym nawet o to nie podejrzewał. Na przykład, nieżyjący już muzyk o kryptonimie „Geminus” – Marian. Niesłychanie miły, nie stroniący od kieliszka kompan, taki brat-łata. .
Jak już wspomniałem, z tak zaszarganą reputacją osobnika podejrzanego na początku stanu wojennego – z pracy zostałem zwolniony. Poza dwoma przypadkami internowania mojego przyjaciela lekarza i psychologa, który został zresztą zaraz wypuszczony – wyrzucenie mnie z pracy było jedyną represją w tym środowisku.
Zająłem się wtedy wytwarzaniem ceramiki artystycznej. Do zakupionej dosłownie za grosze chałupie ulepionej z gliny pomieszanej z trocinami – wstawiłem piec wysokotemperaturowy i zacząłem w nim wypalać zaprojektowane przeze mnie figurki. Sprzedawałem je poprzez sieć sklepów „Cepelii”, cieszyły się one dużym powodzeniem. W pewnym momencie dobrałem sobie nawet wspólnika, zatrudniłem nawet rencistów… W dobie gospodarki niedoboru mój interes – zupełnie dobrze się rozwijał i przynosił znaczne dochody. Żyłem jakby w innym zupełnie wymiarze. Przez otwarte okna pracowni wydobywał od rana do późnego wieczora „Głos Ameryki” czy „Wolnej Europy””. W kontaktach z sąsiadami nie ukrywałem mojej pogardy i niechęci do twórców stanu wojennego.
Moja niezależność wzbudzała pewien respekt, toteż komisja „Posesja „ skromnie zatrzymała się przy furtce w okalającym pracownię ogrodzeniu. Mieli okropną ochotę wejść, ale nie byli pewni jak zareaguję. Wywiązał się wtedy między nami dialog, w którym próbowałem uściślić podstawę prawną ich najścia. Początkowo argumentowali, że jest to akcja powszechnie znana, piszą przecież o niej w gazetach, mówią w radio… Mój argument, że komunistycznych gazet nie czytam, a słucham przez radio wyłącznie rozgłośni zagranicznych – nieco ich skonfundował. Przestępowali upokorzeni z nogi na nogę, aż w końcu, któryś z nich … proszącym tonem powiedział, że my właściwie chcielibyśmy zobaczyć jak się robi figurki. Na to ja odrzekłem, a to inna sprawa, proszę bardzo i otworzyłem drzwi pracowni na oścież. Największe jednak zainteresowanie tym co robię wykazywał milicjant. Funkcjonariusz ten przyjeżdżał z pobliskiego miasteczka zesłany do nas, za jakieś służbowe przewinienia. Nazywano go „Kilof”. Mnie zupełnie wcześniej nie znał. Moje droczenie się z komisją złożoną z partyjnych półgłówków wyraźnie go do mnie wrogo nastawiło. Z surową miną zaczął mnie wypytywać do czego potrzebne są mi nagromadzone w pracowni stosy kartonu? Ja go wtedy spytałem podstępnie, a pan pyta służbowo, czy prywatnie? Służbowo… odwarknął ! Na to ja mu odpowiedziałem, że wszelkich informacji mu udzielę jak założy protokół przeszukania. Pomarkotniał. Nie jest pan uprzejmy – odburknął . Wyszliśmy na zewnątrz i wtedy zażądał ode mnie dowodu osobistego. A na co on panu spytałem? A bo chcę ukarać pana mandatem za wysokie pokrzywy rosnące pod płotem – odpowiedział. Wtedy zażądałem, żeby się wylegitymował, podał swoje nazwisko, no bo jak przystąpił do milicyjnych działań operacyjnych to muszę wiedzieć z kim mam do czynienia. On na to – mundur powinien mi wystarczyć. Pozostali członkowie komisji z pewnym zakłopotaniem, przestępując z nogi na nogę czekali co z tego naszego starcia wyjdzie, a ja spokojnie wróciłem do pracowni, oni postali, postali i sobie w końcu poszli. O całym tym zdarzeniu opowiedziałem Antkowi, kiedy wieczorem, jak to mieliśmy w zwyczaju , ze szklaneczka brandy w ręku – roztrząsaliśmy bieżącą politykę. Hm. Nawet wtedy mi przez myśl nie przeszło, że to – z pozoru błahe zdarzenie zaowocuje – zaciągnięciem nas obydwu przed peerelowską Temidę.
A sprawy tak się miały. Antek skrupulatnie, każdego miesiąca w „ miesięcznicę” wprowadzenia stanu wojennego uczestniczył w mszach odprawianych w opolskiej Katedrze. Wracając wtedy (1986 ?) wieczorem, w połowie drogi między Głogówkiem a Głubczycami został zatrzymany przez patrol milicyjny, chroniący się przed zimnem w pospolitej „suce” marki Nysa. Po sprawdzeniu dokumentów, srogo wyglądający funkcjonariusz zażądał otwarcia bagażnika… Antek przypomniał sobie moją godną postawę i też oświadczył, że bagażnik otworzy jak milicjant się mu wylegitymuje. Stropiło to wielce przedstawiciela komunistycznej władzy i popędził do samochodu po instrukcje, mówiąc ,iż figurant nie chce bagażnika otworzyć, wtedy bystrze zapytano go przez radio: a on sam jest? Nie – z żoną odpowiedział funkcjonariusz w stopniu sierżanta. No to się baranie mu wylegitymuj – usłyszał. Dalej wszystko potoczyło się gładko, milicjant się przedstawił, Antek pokazał, że w bagażniku Bujaka nie miał…i ruszył w dalszą drogę. Po przejechaniu niespełna dziesięć kilometrów znowu go patrol MO zatrzymuje. Działali już we dwójkę, jakiś cywil w dodatku w głębi szarego Fiata zamajaczył. Nie patyczkując się wielce oświadczają, że karzą mojego przyjaciela mandatem za” używanie świateł drogowych w obszarze zabudowanym”, co było bałamutnym zarzutem bo Antek do miasteczka jeszcze nie dojechał. Na taką hucpę przyjaciel zareagował stanowczo – mandat odrzucając. Po upływie tygodnia dostaje Antek wezwanie na stawienie się przed Kolegium ds. wykroczeń w Głubczycach. Pojechaliśmy tam we trójkę. Na korytarzu, przed salą rozpraw kłębił się tłum nieszczęśników, których miedzy innymi… przyłapano na oddawaniu moczu w miejscu publicznym, albo na innych, przeciwko socjalistycznej praworządności popełnionymi występkach. Trochę odstawaliśmy od tego towarzystwa. Państwo doktorostwo ( doktor, doktorowa , a jakże w futrze) z przyjacielem domu noszącym się z artystyczną ekstrawagancją. Po wywołaniu sprawy przyjaciela na wokandę, mnie nie chciano jednak wpuścić na salę, wstawiłem jednak nogę między drzwi, które zamykał przed mną wyglądający na emerytowanego ubowca osobnik i głośno powoływałem się na prawa człowieka do jawnego procesu. Z wyżyn stołu sędziowskiego odgrodzonego barierką usłyszałem pytanie kim jestem. Obserwatorem – odkrzyknąłem dziarsko. Co wywołało leki popłoch w trzyosobowym składzie sędziowskim. Pozwolono mi w końcu usiąść na miejscu przeznaczonym dla publiczności i rozpoczęła się rozprawa. Z mową oskarżycielską wystąpił funkcjonariusz w stopniu chorążego. Antoni, który przedstawił się dodatkowo jako biegły psychiatra, wpisany na listę sądu wojewódzkiego w Opolu, bez trudu wykazał fikcyjność zarzutu popełnienia wykroczenia używania świateł drogowych w miejscu zabudowanym i powiązał go z wcześniejszym zdarzeniem, które doprowadziło do wylegitymowania się, upokorzonego tym milicjanta. Zacukali się wielce sędziowie, którym przewodniczyła energiczna urzędniczka z Urzędu Miejskiego w Głubczycach i przewidując proceduralne problemy w drugiej, odwoławczej instancji – postanowili sprawę odroczyć i powołać milicjanta na świadka. W dobrych nastrojach wróciliśmy do Branic. Minął dosłownie tydzień, a tu ja – otrzymuję wezwanie stawienia się przed Kolegium. Antkowie postanowili mi w tym towarzyszyć. Na początku postępowania, przy ustalaniu mojej tożsamości Kolegium nie potrafiło ze mnie wydusić istotnej dla wymierzenia dotkliwej kary informacji – jakie mam dochody. Rezolutnie bowiem zeznawałem, że jako osoba działająca w oparciu o „Książkę Zamówień” dla artystów rękodzielników nie wykazuję dochodów, tylko uiszczam podatek od obrotów. Kolegium okropnie się tym zatroskało, próbowało mnie podejść pytaniami pomocniczymi: a ile ja potrzebuję pieniędzy żeby przez miesiąc się utrzymać? Zbyłem ich i żadnej kwoty nie wymieniłem. Oskarżyciel sam trochę nie bardzo przekonany zarzutem „ nieestetycznych pokrzyw pod płotem” wniósł przebiegle… o przesłuchanie owego milicjanta i pozostałych członków komisji ”Posesji” za świadków. W związku z czym wyznaczono za dwa tygodnie dalszy ciąg procesu. Po tygodniu jednak odbyło się drugie posiedzenie Kolegium w sprawie przewinienia Antka. Na miejscach dla publiczności zasiedli również zaproszeni przez nas i inni znajomi. Kolegium widząc prawie pełną salę – wyraźnie zesztywniało. Milicjant, który przyjaciela pierwszy raz zatrzymał nazywał się chyba Podstawka. Jednak Antek bez trudności wykazał związek jego prawa do wylegitymowania funkcjonariusza… z późniejszą zemstą jego kolegów z MO. Kolegium z coraz bardziej wyraźnym wyrzutem patrzyło na wnoszących oskarżenie milicjantów. Po zakończeniu postępowania dowodowego udało się na naradę, by po 20 minutach ogłosić wyrok – przyjaciel został wprawdzie uznany winnym popełnienia wykroczenia, ale odstąpiono od ukarania go. Żadna ze stron od tego werdyktu się nie odwołała. Natomiast w mojej sprawie, drugie posiedzenie Kolegium trwało blisko godzinę. Przesłuchano po kolei wszystkich członków komisji, ustalając przebieg zdarzenia i nawet ich odczucia estetyczne – co do inkryminowanych pokrzyw. Bez żadnego skrępowania wygłosiłem mowę oskarżając władzę ludową o represyjność wobec obywateli, którzy nie podzielają oficjalnie obowiązującej doktryny socjalistycznego dobrobytu, że gołym okiem widać, że już wkrótce to wszystko się zawali. Kolegium – z wyraźnym grymasem cierpienia na twarzy powiedziało – i znalazł sobie pan miejsce do wygłaszania takich uwag. Ja na to hardo, że się tutaj nie wpraszałem. Sala była wypełniona moimi przyjaciółmi i owymi nieszczęśnikami z komisji posesja, kiedy Kolegium – uwolniło mnie od spreparowanego zarzutu.
Pisząc o tym chciałbym dać świadectwo atmosfery, w jakiej na głębokiej wsi , z dala od funkcjonujących sprawnie i zorganizowanych struktur opozycyjnych przyszło nam, prowincjonalnym dysydentom – egzystować.
Życie, które pisze niekiedy scenariusze – z godną literackiego talentu niezwykłością zdarzeń, przypomniało mi owe procesy, kiedy do urzędu gminy, którym jako wójt kierowałem przyjechała bardzo ważna i absolutnie wtajemniczona urzędniczka, aby mnie przeszkolić w zakresie tajnej kancelarii, tajemnic służbowych i państwowych. Okazała się nią być bowiem – pani, która przewodniczyła obu rozprawom przed Kolegium w Głubczycach.
Zostaw komentarz